czwartek, 21 maja 2015

Czarna książka

Il. Andrzej Krauze
Pożyczyłem czarną książkę, pochwaliłem się i obiecałem recenzję. "Niebezpieczne związki..." Wojciecha Sumlińskiego pożyczył mi znajomy. Niestety, im bliżej II tury prezydenckich wyborów, tym czytać chciało mi się mniej. Skutecznie zniechęcali mnie, do tej i innych "obywatelskich aktywności", kampanie obu kandydatów: obfitujące w irracjonalne obietnice, puste słowa i rozpaczliwe działania. Powyborczego poniedziałku pragnę tak mocno jak wyborcy wcześniejszej emerytury. Ale skoro obiecałem, to słowa muszę dotrzymać. Doczytałem więc i podzielę się tym co wiem (i czego nie wiem też).
  1. Wiem, że ktoś powinien trafić do więzienia. Nie wiem tylko czy główny bohater, czy może autor? Czytając książkę kilka razy odruchowo zaglądałem na koniec, w poszukiwaniu skanów dokumentów lub innych materiałów źródłowych. Nie znalazłem. Mógłbym więc uwierzyć autorowi na słowo, kiwnąć głową i powiedzieć: "coś w tym może być". Dla mnie to jednak mało - podobnie jak autor wolę bazować na źródłach - najlepiej różnych, bo od thrillera politycznego do political fiction tylko krok. Nie rozumiem więc czemu dla wiarygodności w oczach czytelników, których autor chce przekonać (bo przekonani łykają stawiane tezy jak przysłowiowe "młode pelikany") nie pojawiły się "papiery", które podobno autor ma.
  2. Wiem, że opisane w książce sytuacje, domysły i tezy są mocne, przerażające i porażające. Nie wiem jednak dlaczego sztab kontrkandydata jeszcze tego nie wykorzystał? Może to zrobi podczas ostatniej przed wyborami debaty "jeden na jeden"? Spotkanie oglądać będzie co trzeci Polak - doskonała to więc okazja aby zweryfikować co na temat sensacji z książki ma do powiedzenia bohater książki.
    Tylko co będzie znaczyło jeśli pytanie na jej temat nie padnie? Czy tyle, że opisane w książce rzeczy to zbiór konfabulacji nie wartych wykorzystania w kampanii?
  3. Ostatnie co wiem, to że prezentowany w książce obraz ma dwóch głównych bohaterów. Jednym jest najwyższej rangi polityk, drugim autor. Polityk to uosobienie zła. Autor zaś to ktoś na kształt superbohatera, którego mimo zagrożeń "nie imają się kule" i który niemal w pojedynkę ratuje świat od zagłady. Nie wiem tylko co ważniejsze - zatrzymanie złego, czy zbudowanie własnego wizerunku?
Jedno jest pewne - książka potrafi namieszać w głowie. Jeśli więc macie na to ochotę na trzy dni przed wyborami - kupujcie, pożyczajcie i czytajcie. W internecie promocja na e-booki! Może tych siła złego nie wykupi do "ostatniego egzemplarza"?

Tylko co zrobić w niedzielę? Cejrowski chce głosować na żelazko. Mam wrażenie, że nad wieloma poważnymi sprawami i prawdziwymi problemami Polaków jeszcze nikt się w tej kampanii nie pochylił. Straszą nas tylko sobą - jak to politycy. To cholernie męczące. Niech już nastanie poniedziałek!

czwartek, 7 maja 2015

Nie zagłosuję na chłopca z plasteliny!

Ręce, które lepią kandydata na partyjnego prezydenta
Do końca prezydenckiej kampanii zostało 48 godzin. Nie jest mi obojętne kogo wybierzemy, tak jak nie jest mi obojętne jaka czeka nas przyszłość i kto nas reprezentuje.
Nie zmienia to faktu, że nie wiem na kogo głosować! Nie jestem bowiem politykiem i nie czuję związku z żadną partią (tak jak partie nie czują związku z ludźmi - mimo wycierania sobie nimi gęb).

Dzięki wprowadzeniu JOW-ów (jednomandatowych okręgów wyborczych) w wyborach samorządowych 2014 roku zdecydowałem się wystartować do Rady Miasta Radzynia Podlaskiego z niezależnego komitetu LRA. Tylko dzięki JOW-om zdecydowałem się na ten krok i wygrałem! Dlatego jestem ich gorącym zwolennikiem!
Partie, partyjniactwo, przynależność i polityka to zupełnie obce mi rzeczy. Bliskie są mi dobro wspólne, współdziałanie, przyszłość i rozwój - mój, bliskich, mojej małej i dużej Ojczyzny. Dzięki JOW-om odniosłem sukces - zdobyłem mandat radnego. A właściwie to dzięki ludziom, którzy mogli oddać na mnie głos - niezależnie od tego ile procent zdobyła partia i które miałem miejsce na politycznej liście. Teraz chcę się wykazać dla całej społeczności Radzynia. Dlatego próbuję nawiązać mądrą współpracę przy rzeczach dobrych, a negować te, z którymi się nie zgadzam. Gdybym był "partyjny" musiałbym liczyć się głównie z linią partii, jej przywództwem od którego bym zależał. Mieszkańcy byliby na dalszym miejscu.
Właśnie dlatego popieram Pawła Kukiza i jego sztandarowy postulat - JOW! Rozumiem krytykę tej ordynacji wyrażaną przez partyjniaków i polityków, ale głęboko się z nią nie zgadzam. Partie muszą krytykować JOW-y! Mają przy nich mniejszy wpływ na to kto jest wybierany. Realny wpływ odzyskują obywatele! Jeśli wybiorą partie - ich wybór. Jeśli społeczników, aktywistów, aktorów lub sportowców - też dobrze!
I nie przeszkadza mi to, że Kukiz nie nosi garnituru, śpiewa głośne piosenki i nie czuje się dobrze w polityce. Dla mnie to są jego atuty! W pierwszej turze Bronek dostaje ode mnie żółtą kartkę, a na chłopca z plasteliny nie zagłosuję na pewno!

czwartek, 30 kwietnia 2015

Dar od niebios

"Ranczo" jedzie do Radzynia.
I nagle znów jesteśmy w centrum uwagi, a Radzyń jest centrum Wszechświata.
- To byli u was kamerować? - pytają mnie osoby, które dowiadują się, że kawiarnia Kofi&Ti będzie w serialu "Ranczo". - Pokażą was w telewizji? - Ławeczka z Pietrkiem, Solejukiem, Hadziukiem i Japyczem stanie przy Warszawskiej? - Będziecie podawać pierogi Solejukowej i sprzedawać Mamrota? Znajomy fan serialu pisze do mnie: - Zróbmy coś, żeby władze zaprosiły ekipę "Ranczo" do nagrania choć jednej sceny w Radzyniu. Dziennikarze pytają mnie czy serial jest dobrze wykorzystany przez miasto do promocji. Ktoś życzliwy podpowiada:
- Co nam po tym "Ranczo"? Gdyby nawet ktoś tu przyjechał, to i tak nie ma tu co oglądać. Z życzliwym się nie zgadzam. Do ciekawych puszczam oko.
Myślę, że w Radzyniu nie trzeba nam już kamer ekipy "Rancza". Dar od niebios/łut szczęścia już nam się trafił. W każdym odcinku kultowego serialu pada nazwa naszego miasteczka, pojawia się rejestracyjna tablica, autobus, gazeta, czy mała klimatyczna kawiarenka. Zastanówmy się co zrobić z tym faktem, bo fani "Rancza" nie przyjeżdżają do nas szukać gór, jezior ani plaży z molo. Ale przyjeżdżają! Odnajdują tu sielski klimat, spokój i miejsca, gdzie czas płynie wolniej. Bo takie jest "Ranczo" i taki jest nasz mały Radzyń.
Najważniejsze jednak jak się do tego nastawimy. Zechcemy tę szansę wykorzystać, czy będziemy pomstować na biedę, bezrobocie i złe władze? Wymyślimy coś, czy będziemy czekać aż inni zrobią to za/dla nas. Póki co spotkajmy się w Kofi, albo przed telewizorami w niedzielę, 10 maja o 20.00. I wcale nie po to, żeby się przekonać kto zostanie prezydentem.

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Dotykanie ciepłego chleba

Pewnego dnia wybrałem się z córką na spacer bulwarem nad Białką. Dobrze znamy tę trasę - chodzimy nią często. Tego dnia jednak z rutyny dreptania nad rzeczką i przyglądania się kaczkom wytrąciły nas błyszczące, żółte "urządzenia do sprzątania po psach". Dla uproszczenia wymyśliłem dla nich zgrabną nazwę - "kloaczne słupki". Na górze słupka puszka z ciasno upchniętymi foliówkami, na dole pojemnik na torebki pełne psiej kupy. Stanęły i czekają. Urząd patrzy na nie z dumą. Mieszkańcy z nieufnością. Ja patrzę jednym okiem dumnie, a drugim nieufnie. Cieszę się, że dano mieszkańcom możliwość sprzątania po psach. Sam o to dbam i walczę o takie możliwości. Niestety jest to tylko czubek lodowej góry. Problem zasranych trawników, na które strach puścić dziecko, jest głębszy. Uważam, że poza ustawieniem "kloacznych słupków" należy wyjść do mieszkańców z akcją edukacyjną i uświadamiającą. Żeby wiedzieli, żeby się nie wstydzili, żeby dbali o to co wspólne. Niestety, poza paroma informacyjnymi wrzutkami w mediach, zabrakło pomysłów na tę stronę medalu. Przygotowałem więc dla Państwa instrukcję - krok po kroku - jak sprzątać po swym psie (poniżej). Nie ma się bowiem czego bać! Dotykanie przez folię ciepłej kupy swego pupila jest bezpieczne. W chłodny dzień bywa nawet przyjemne. Jak dotykanie przez folię ciepłego chleba na sklepowej półce. Proszę mnie źle nie zrozumieć - zestawienie świętego chleba z psią kupą ma służyć jedynie rozwiązaniu problemu brudnych trawników. Pragnę namówić tych, którzy po psach nie sprzątają do zmiany myślenia i zachowania. Zatem ruszajmy gówno - niech dłużej nie śmierdzi!


***
PS. Kiedy wracałem ze spaceru i wrzucałem psią kupę do pojemnika zauważyła mnie znajoma. Podeszła i mówi: - Patrzę z daleka i myślę - wreszcie jakiś mieszkaniec z tego korzysta. Podchodzę, a to ty!

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Koncept mistrza, czy dzieło przypadku?

Oto gdzie i jak powstają
 kolejne egzemplarze gry...
Czy jest jeszcze w Radzyniu osoba, która nie słyszałaby o tym, że Janusz Wlizło stworzył grę? Wątpię! Praca jaką wkłada on w promocję swego dzieła jest nie tyle imponująca, co skuteczna. Kiedyś Bob Marley swoją muzyką godził skłóconych polityków na Jamajce. Dziś Janusz jest o krok od posadzenia przy jednej planszy Rębka i Kotwicy. Choć nie mi oceniać, czy akurat ci dwaj politycy są zwaśnieni jak polityczne gangi na Jamajce w latach 70-tych. Tak tylko pomyślałem... 
Planszówka nazywa się Conceptus Masters. Jeśli rzeczywiście jest jeszcze ktoś, kto nie grał, nie widział i nie wie co to to jest, to napiszę jednym zdaniem. Gra polega na dotarciu do punktu bronionego przez przeciwnika lub usunięciu z planszy wszystkich kamieni, którymi broni dostępu do owego miejsca. Proste? Nawet bardzo! Śmiem twierdzić, że w istocie tej gry objawił się geniusz autora. Zwykle bowiem ma on tendencję do rozwlekłości i przegadywania tego co pisze, o czym opowiada i co robi. Czasem wychodzi to na dobre (vide ilość mistrzów w taekwon-do, których wychował), a czasem nie. Nie wiem czy jest w tym zasługa brody, która towarzyszyła Januszowi podczas dopracowywania gry, ale w jej koncepcji naprawdę objawia się mistrzostwo. I nie przeszkodzą mi w podtrzymaniu tego twierdzenia mniej udane, a towarzyszące grze, dzieła przypadku: trochę nazbyt rozbudowana szata graficzna, plany na stworzenie perfum a'la Conceptus, czy bicie rekordu w najdłuższej partii w Conceptusa pod wodą - bez tlenu (sic!).
To jak? Ma ktoś ochotę na partyjkę Conceptusa? Na sucho, z tlenem i czymś do picia w Kofi&Ti! Zapraszam!

poniedziałek, 30 marca 2015

Win-win!

Życie na streecie.
Szkoda, że Państwo tego nie widzieli! W miniony czwartek, po trzech godzinach obrad miejskiej rady, do głosu doszła młodość. Grupa nastolatków dzielnie wytrwała wszystkie dość nudne dla nich dyskusje. Bo to jeden się czymś chwali, drugi czegoś chce, inny o coś prosi. Chapeau bas po raz pierwszy! Ja bym pewnie wolał szaleć na rowerze, bo pogoda była piękna. Większość radnych - gdyby mogła - pewnie też wolałaby być gdzie indziej i robić co innego. Takie można było odnieść wrażenie, choć pewna aktywność była widoczna. Ale do rzeczy...
W punkcie wolne wnioski, w którym każdy mieszkaniec może zabrać głos, wstał jeden z nich i wygłosił przygotowany tekst. Publiczność zamarła, bo młody brzmiał lepiej niż niejeden miejski radny. Sypał argumentami i liczbami. Spójnie i logicznie wyłożył z czym przyszedł. A przyszedł z prośbą o działania w sprawie skate-parku dla młodych miłośników sportów ekstremalnych. Podziękował radnym, którzy temat skate-parku poruszyli. Podziękował burmistrzowi za tzw. udostępnienie, czyli share'owanie content'u (czyt. szerowanie kontentu - nie mylić z szorowaniem kontynentu) czym burmistrz wydał się lekko zaskoczony. Zdaje się bowiem, że sam nie prowadzi swego facebook'owego profilu. Mniejsza z tym! Na koniec pięknej mowy młodzi złożyli na ręce włodarza i w błysku fleszy 721 podpisów osób popierających ich inicjatywę. Chapeau bas po raz drugi!
I co teraz? Co teraz z ponad 700-osobami, które chcą skate-parku? Taka liczba to 1/4 wyborców burmistrza. Trafią do segregatora? Do niszczarki? A może warto rozważyć fakt, że większość z młodych - choć dziś wciąż małoletni - w 2018 roku nabędzie już wyborcze prawa i może się przyczynić do reelekcji. Jakby nie patrzeć zbudowanie skate-parku i siłowni pod chmurką to będzie po prostu dobre działanie dla wszystkich. Sytuacja "win-win"! Każdy zwycięża, przegranych brak! No przynajmniej takie miałem wrażenie po ostatniej sesji.

(Fot. http://www.wedrowki.com/)

poniedziałek, 23 marca 2015

Siusiumajtki z kipą pod nosem

(Żadne dziecko nie ucierpiało
podczas pisania tego tekstu)
Jakie wrażenie zrobiły na Państwu doniesienia ze szkoły w Szczodrem i z przedszkola w Parczewie? Nauczycielki za metodę wychowawczą obrały tam zaklejanie uczniom ust taśmą klejącą. Mi przypomniała się scena z III klasy podstawówki. W akcie desperacji jedna z nauczycielek właśnie tak postanowiła okiełznać wyjątkowo niesfornego kolegę imieniem Kajtek. Sytuacja była jednorazowa, wszyscy się z tego śmialiśmy. Kajtek też. Nikt nas nie terroryzował, nie wyzywał od tych "z kipą pod nosem" i "siusiumajtków". Na Śląsku było inaczej. Dzieci mimo to nie skarżyły się rodzicom. Bały się, że i tak nikt im nie uwierzy. Rodzice nawet jeśli coś podejrzewali - bagatelizowali problem.
Często naszym marzeniem jest wychować dzieci na ludzi asertywnych, pewnych siebie i odważnych. Póki jednak są dziećmi oczekujemy pasywności, podporządkowania i w kółko im powtarzamy "bądź grzeczny!". O tym jak ma się jedno do drugiego nie myślimy wcale lub kiedy jest już za późno.
Posyłamy dzieci do szkoły licząc, że nauczyciele rozwiążą problemy za nas. Sami zaś oddajemy się zarabianiu pieniędzy. Potrzebnych na podręczniki, korepetycje, zajęcia dodatkowe i pomoce naukowe. Na gadżety, które zastąpią nas i nasz czas - lalki, smartfony, tablety i rakiety. Z przerażeniem patrzymy na dziecko, którego problemów wkrótce nie znamy lub nie rozumiemy, a z mediów dobiegają informację o nastolatkach, którzy popełniają zbiorowe samobójstwa lub mordują rodziców.
A może uczyć dziecko w domu, skoro szkoła wcale nie rozwiązuje problemów tylko nakleja na nie klejącą taśmę? W "dzień wagarowicza" uczniowie uciekają z lekcji do parku. Z nauczycielem bywają tam sporadycznie. Domowa edukacja daje szanse na to, żeby przyrody dziecko uczyło się w lesie, muzyki na koncercie, a fizyki z tatą w warsztacie. Każdy dzień może być trochę jak "dzień wagarowicza". Tylko kto ma na to czas? No właśnie. Tych co mają zapraszam na spotkanie do Kofi&Ti, 28 marca 2015 roku o godzinie 19.00. Najlepiej z dziećmi...
Więcej informacji o spotkaniu - WEBINAR: Alternatywna Edukacja

poniedziałek, 16 marca 2015

Z Jakubowskim przegrać, to jak wygrać...

A. Wasak. Portret pędzla A. Warhola.
...mogłaby powiedzieć Anna Wasak (moja konkurentka w wyborach do rady) obejmując posadę asystenta burmistrza Rębka. Fucha to nie byle jaka, bo wielofunkcyjna. Rzecznik prasowy, pośrednik między urzędem miasta a domem kultury, no i wreszcie główny zarządca, marketingowiec i fundraiser* pałacu Potockich. Jako radna mogłaby liczyć na nieco ponad 500 złotych. Jako asystentka weźmie co najmniej trzy tysiące. Można więc zaryzykować, że opłaciło się przegrać. 
Pani Aniu! Winszuję błyskawicznego awansu i życzę, żeby pałac ostatecznie przeszedł w ręce miasta, bo póki nie przeszedł, to nie ma czym zarządzać... No właśnie! Co prawda uczę się dopiero "wielkiej polityki", ale za to od najlepszych. Burmistrz Rębek mówił na ostatniej sesji, że miasto nie może wydawać pieniędzy na nieswoją własność. Zatem przydałoby się nam już to przejęcie, bo przecież nie będzie Pani zdobywać milionów na pałac, który nie jest nasz własny, tylko państwowy. Burmistrz mówił wręcz, że byłoby to niezgodne z prawem.
Z tego samego powodu nie przychylił się też do wniosku radnego Roberta Mazurka, który podsunął pomysł powołania grupy roboczej, poszukującej najlepszego pomysłu na pałac. Uznał, że póki pałac nie należy do miasta, praca takiego zespołu nie ma sensu. Nieśmiało więc pytam - jaki sens ma zatrudnianie fundraisera i zarządcy dla obiektu, który nie jest własnością miasta? Cóż za żelazna logika i konsekwencja?
Pani Aniu! Będzie o czym pisać. Wiersze też!
*fundraiser - osoba odpowiedzialna za pozyskiwanie pieniędzy z zewnętrznych źródeł.

czwartek, 19 lutego 2015

Skurcz Radzynia

Edvard Munch, "Krzyk"
W latach 2009-­2014 z Radzynia zniknęło 575 osób. To blisko 4%! Jeśli przyjąć, że w jednym mieszkaniu w bloku mogą mieszkać średnio trzy osoby (np.: rodzice z dzieckiem), a blok ma 60 mieszkań, to w ciągu pięciu lat opustoszało nam 180 mieszkań. Trzy bloki!
Statystyka nie uwzględnia tych, którzy pracują i mieszkają gdzie indziej, a w Radzyniu są tylko zameldowani. Oni do Radzynia nie wrócą, a rozstaną się z nami na dobre. Duże miasta wprowadzają bowiem "karty mieszkańca", które dla osób zameldowanych, czyli płacących podatki, gwarantują zniżki i przywileje. To może spowodować, że radzynianie mieszkający w Warszawie już niedługo staną się warszawiakami.
Co to znaczy dla nas? Więcej miejsc pracy? Więcej mieszkań na rynku? A może więcej lokali na wynajem? To wszystko pozory. Zmniejszenie liczby mieszkańców to mniej dzieci, które chodzą do szkół, mniej osób kupujących w małych sklepach, pijących kawę w Kofi&Ti, noszących ubrania do pralni, naprawiających samochody i chodzących do fryzjera. To skurcz dla lokalnej gospodarki, która żeby się rozwijać potrzebuje mieszkańców. Takich, którzy zarabiają jak najwięcej i wydają pieniądze tu - nie w angielskim, niemieckim, czy portugalskim markecie. Żeby gospodarka kwitła pieniądz musi krążyć!
Mniej mieszkańców to niższe wpływy z podatku dochodowego i szczuplejszy budżet miasta. W Radzyniu co czwarta złotówka pochodzi z podatków od dochodu osób fizycznych. Niestety tylko co drugi podatnik, z których każdy dokłada do miejskiej kasy ponad tysiąc złotych, zarabia te pieniądze w naszym mieście. Reszta pracuje gdzieś w Polsce lub świecie. Co będzie kiedy liczba podatników zmniejszy się o połowę? Mówi się w Radzyniu o budowaniu socjalnych mieszkań. Dla kogo,­ skoro „trzy bloki puste”? No i kto to sfinansuje? Może więc najpierw pomyślmy o tym jak ściągnąć do miasta ludzi młodych i zaradnych?
* Informacje pisane pochyłym drukiem pochodzą z prezentacji Anety Dobroch i były prezentowane na styczniowej sesji Rady Miasta.

W piątek, 20 lutego 2015 r. zapraszam do Kofi&Ti na dyskusję na temat polityki prorodzinnej. Więcej o wydarzeniu: https://www.facebook.com/events/1407432986225262/

poniedziałek, 9 lutego 2015

Audi 80

Pół powiatu takie ma - mam i ja!
Temat ten czekał na mnie długo. Czatował na parkingu pod mieszkaniem. Spokojnie, bez pośpiechu, wiernie. Czekał od lat i właśnie teraz się doczekał. 
W ostatnim numerze "Wspólnoty" opublikowano oświadczenia majątkowe nowych miejskich radnych - w tym moje. Dziwnie się z tym czuję, że trzeba oświadczać co się ma. Mimo to biorę na klatę fakt, że mam jakieś oszczędności i starą chałupę na wsi. Taka karma. Mama od zawsze powiadała, że "robota lubi głupiego".
Ale temat, który chcę rozwinąć wcale nie dotyczy łąki, którą posiadam. Dotyczy samochodu! I teraz kolejne zdziwienie. Dziwnie się z tym czuję, że muszę pouczać dziennikarza, który napisał o moim oświadczeniu. Niestety z owego tekstu dociekliwy wysnuje zły wniosek. W rubryce "samochód" napisali: "brak". A przecież pół Radzynia wie, że Jakuboski starym brudnym Audi 80 jeździ. Znaczy skłamał? No nie... redaktorka sierota! W oświadczeniu trzeba wpisać wszystko, co masz, a co warte więcej niż 10 tysięcy. Stare Audi warte mniej! Redaktorka nie doczytała, wiec napisała jak pomyślała, i wyszło jak wyszło.
W całej tej sprawie najbardziej żal mi samochodu. Nigdy mnie nie zawiódł. Raczej zawiózł wszędzie gdzie potrzebowałem. Wiernie służy już siódmy rok, i pewnie jeszcze posłuży. Stara sprawdzona 23-latka. Gdyby umiała czytać "Wspólnotę" pewnie by się na mnie obraziła, że się jej wyparłem w żywe oczy czytelników.

***
PS. Drogi Wujku Adamie! Dziękuję za troskę o elektorat. Myślę, że w jednym miejscu ma on moją sympatię do działań Orkiestry, Antoniego oplutego jadem i 28-stronicowe PDFy.
Tylko czy na pewno w sercu?

niedziela, 1 lutego 2015

Pałac wzięty!

Taki pomysł - renowację rzeźb
sfinansują radni PiS, a rzeźby dostaną
ich twarze. Dobry?
Radni Radzynia wyrazili wolę, a burmistrz tę wolę wypełni i pałac Potockich wreszcie będzie nasz - znaczy miasta. Wcześniej też był nasz, ale mniej, bo państwowy, czyli wspólny. A w Polsce jak coś jest wspólne, to w sumie niczyje. Można wziąć i nie oddać, można nie dbać i się nie martwić. Martwić się trzeba o siebie i swoje. No to będziemy mieć pałac nasz i niczyj więcej. I dobrze! Myślenie logiczne, ale niekompletne. 
No bo co teraz? Co jak już pałac będzie wreszcie bardziej nasz niż dotychczas? Ano przyjdzie pokazać jakimi jesteśmy gospodarzami. Jak potrafimy zadbać o zabytek i jego otoczenie. Jak wykorzystać jego wszystkie atuty, jak sprawić by był dla Radzynia szansą i sprężyną, a nie kłopotem i obciążeniem.
Burmistrz wie i nie zamierza drapać się w głowę - większa szkoła muzyczna, archiwum, ośrodek kultury. Radni PiS mu wierzą i gratulują polotu. Ja śmiem mieć wątpliwość, więc pytam - przejąć pałac i co dalej? Propozycje Rębka być może pozwolą na opłacenie części bieżących kosztów, ale na nic więcej. Wiem, bo Radzyń już to przerabiał. Przez całą drugą połowę XX wieku w pałacu rezydowali różni książęta, sędziowie, urzędnicy, nauczyciele i pomagierzy. Efekt widać dziś. Straszące i zdewastowane wnętrza, zaniedbany dziedziniec, zrujnowany park, zniszczone rzeźby.
 Dlaczego teraz mieliby dokładać? Bo poprosi ich burmistrz? Wolne żarty! Do pałacu nie dołoży nikt, kto nie będzie miał z tego korzyści, więc ani szkoła, ani archiwum, ani ośrodek kultury. Będą siedzieć, pić kawę i czekać... 
Przez lata nawet pies z kulawą nogą nie przychodził do pałacu jeśli nie musiał, a teraz niby przyjadą turyści? Przyjadą i zostawią kasę w naszym gasnącym miasteczku?
Kiedy ojciec Ignaca Potockiego - Eustachy - stawiał sobie w Radzyniu rezydencję chciał, żeby z podziwu przyjezdnym oczy na wierzch wychodziły. I tak było! Kiedy Szlubowski stracił finansową płynność, a pałac podupadł, postanowił oddać go państwu. I tak się stało! 100 lat później miasto dalekie jest od finansowej stabilności, stan pałacu martwi, a burmistrz i radni biorą go na barki mieszkańców. I to bez żadnego sensownego pomysłu na to jak czerpać z pałacu korzyści. Nie ma pomysłów, więc korzyści też nie będzie. Będą koszty!


Więcej o pałacu - wpis z 13 lutego 2014 r. pt. "Pałac psu na budę"

piątek, 23 stycznia 2015

Biedroneczko leć do nieba

Różne biedronki azjatyckie
i jedna portugalska
W środku zimy, nie wiadomo skąd, pojawił się w moim mieszkaniu rój biedronek. Niespodziewanie znajduję jakąś na pościeli, na biurku w pracowni lub na kuchennym stole. Skąd one wyłażą? Takie niby fajne i pożyteczne zwierzątko, mszyce zjada... Ale dlaczego, jak Pan Bóg przykazał, nie śpi w zimie? Mszyce śpią. Pomyślałem, że pokażę dziecku, czegoś je nauczę, opowiem o kropkach. Nic z tego! Córeczka przez chwilę wpatrywała się w swą malutką rączkę, ale na moje słowa - biedroneczko leć do nieba - zacisnęła dłoń w piąstkę. Pokój wypełnił drażniący, ostry smrodek martwej bożej krówki. Podreptaliśmy do łazienki umyć rączkę.
***
Pierwszy dyżur radnego upłynął mi na czytaniu książki. Nie przyszedł nikt. Sytuację uratowała przemiła rozmowa Panią sprzątającą trzecie piętro gmachu przy Warszawskiej 32.
- Córka pracę na kasie w Biedronce dostała tylko dlatego, że po studiach zrobiła kurs języka migowego. Podyplomowych już nie robiła. Nie wierzy w ich sens. I tak nie znajdzie pracy. Godzi się na 800 złotych i umowę na 2/3 etatu.
Nie wiedziałem co powiedzieć. Kiwałem głową. Nie wiem czy córka pani z którą rozmawiałem robi w tej samej Biedronce zakupy i się cieszy, że tanio. Tanio, bo kasjerkom po studiach płacą po 800 złotych. Podobno w całym kraju mamy ich już 2500, a na koniec roku będzie 3000. Ile małych sklepów upadnie? Ilu magistrów zamknie biznes i pójdzie na kasę za 800 złotych?
***
Biedronki z mieszkania okazały się chińskie. Mutanty. Nie zimują i (według Google) ugryźć potrafią. Takie czasy, że nawet biedronkom ufać nie warto.

piątek, 16 stycznia 2015

Szlaban na WOŚP

Nie zbierałem w tym roku pieniędzy na WOŚP, choć byłem wolontariuszem, dostałem puszkę i identyfikator. I to wcale nie przez zdziesiątkowane ataki przeciwników działań Jurka Owsiaka, nie przez paranoiczne teorie, które wyziewają z 'niepokornych' mediów, nie przez podejrzenia. Wszystkiemu winna pora roku w której orkiestra gra. Przeziębiony brałem antybiotyki, a w sobotni wieczór dałem sobie postawić na plecach bańki i szlaban na wyjścia gotowy.
Miałem za to szansę uważniej śledzić nagonkę na akcję Owsiaka w internecie. Miałem czas przeczytać teksty, obejrzeć filmy, wysłuchać pseudo-ekspertów. Czego tam nie brak? Że dzieci zbierające na orkiestrę marzną, że całe to zaangażowanie mediów, wszystkich służb i ludzi za dużo kosztuje, że nie wszystkie pieniądze jakie ma WOŚP idą na sprzęt medyczny (część na szkolenia, wynagrodzenia i koszty), że Przystanek Woodstock. Niektórzy idą dalej! Zarzucają Owsiakowi oszustwa i kradzieże. Manipulują liczbami ze sprawozdań fundacji. Rzygać się chce. Oni plują jadem, a mi się chce na nich rzygać.
Myślę sobie: po co im to wszystko? Po co ta zawiść, po co cały ten demagogiczny wysiłek, po co manipulacje? Ale to proste jak cała socjal-konserwatywna prawica. Idziemy do władzy! A skoro Owsiak nie jest z nami to jest naszym wrogiem i znajdziemy dowody na to, że jest wcielonym złem. Boże! Widzisz to i nie grzmisz? A może się śmiejesz?

czwartek, 15 stycznia 2015

Najsamprzód kultura


"Najsamprzód jest kultura. Potem długo, długo, długo nic i... sztuka.
Na końcu!".

Tak w doskonałym skeczu Janusz Gajos rozprawił się z typowo polskim sposobem postrzegania kultury - odklejonej od wszystkiego i wszystkich. Tak też mamy w Radzyniu. Kultura jednak nie lubi być długo odklejona. Czepia się więc: szkół, kościołów, kawiarni, sklepów - co to je w galeriach umieszczają, zabytków, miejskiej przestrzeni. Czasem czepia się nawet zupełnie zwykłych ludzi. Najgorzej jak przylepi się do polityki. Efektem tego: co w Radzyniu nowy burmistrz, to nowy dyrektor domu kultury.
Tym razem jednak nie jest łatwo. Na stanowisko głównego menadżera radzyńskiej kultury nie ma wielu chętnych. Tu i ówdzie szepcze się tylko o tym, kto zastąpi Wojtasia. Burmistrz milczy, nikogo nie namaszcza, nic nie sugeruje, nie ogłasza też konkursu - choć mógłby. W takim konkursie istnieje bowiem ryzyko, że ktoś złoży ofertę. Może to nawet być osoba, która wie coś o kulturze, a nie startowała z niepowodzeniem w ostatnich wyborach z listy PiS. I co wtedy?
Kuluarowa lista kandydatów na dyrektora ROKu ogranicza się niestety (poza kolegą Adamem, o którym jeszcze później) do osób przegranych, które wiedzę o kulturze mają wąską, a doświadczenie skromne.
Moja teoria jest taka: aby coś się w ROKu zmieniło - a że zmian tam trzeba nikt nie zaprzeczy - dyrektorem musi zostać jakiś wariat/idealista (znam jednego i nie jest zainteresowany) albo samobójca. Po fali zwolnień w ośrodku, Radzyń ześle bowiem nowego dyrektora w społeczny niebyt, a burmistrz też się wtedy nań wypnie. Wszyscy o tym wiedzą, dlatego chętnych brak.
Druga część teorii mówi, że skoro plany ambitne (Rębek obiecał stworzenie dużego centrum kultury w przejętym na rzecz miasta pałacu Potockich), to dyrektorem powinien zostać jednak profesjonalista. Ale jedynym, który swoje już wygrał, a w Kocku ma jak u Pana Boga za piecem, jest Adam Świć. Czy zgodzi się on na tę samobójczą misję? Tego nie wie nawet Molas, na którego zaszczyt pełnienia obowiązków spadł jak grom z jasnego nieba i będzie leżał mu na plecach co najmniej do końca stycznia.

wtorek, 13 stycznia 2015

Życzliwości


Jeśli chciałbym podsumować miniony rok jednym słowem, i w tym samym słowie zawrzeć życzenia na rok następny, powiedziałbym: "życzliwości". 
Przykładem niech będzie pani Ewa z warzywniaka przy Warszawskiej. Ilekroć przychodzę do niej po świeże pomidory i soczyste jabłka sklep, choć mały, pełny jest życzliwości. Przypadkowo spotkani w tym miejscu ludzie, witają się i serdecznie rozmawiają - o sezamowych ciasteczkach, przepisach na ćwikłę z gotowanych buraczków, miodzie z małej pasieki i codziennych problemach. W życzliwym otoczeniu ich rozwiązanie jest łatwiejsze. 
W spożywczaku na rogu Warszawskiej i Chomiczewskiego zamówione dwa bochenki żytniego chleba czekają i pachną. Bez kropli życzliwości pani Eli pewnie bym się spóźnił i już by ich dla mnie zabrakło. Nie musiała przecież ich odkładać - kto pierwszy ten lepszy - a jednak... 
Życzę Państwu, żeby w 2015 roku życzliwości spotykały Was na każdym kroku. Małe i duże, w słowach i czynach, zawsze prawdziwe a nigdy wymuszone. 
Po wielu moich wspólnotowych felietonach prowadzę sympatyczne rozmowy z przyjacielem z Czemiernik. Dzwoni poruszony co niektórymi tekstami, czasem o coś dopytuje, innym razem się śmieje lub wspólnie szukamy wyjaśnień. Takich ludzi - życzliwych i nieobojętnych - spotykajcie przez cały rok! Życzliwości!

środa, 7 stycznia 2015

Poszerzaj horyzonty - poznaj stronę ngo.pl [zaproszenie]

W najbliższą sobotę, 10 stycznia od godz. 10.00 do 14.00 w kawiarni Kofi&Ti odbędzie się bezpłatne seminarium na którym przedstawiony zostanie szczegółowo portalu ngo.pl, jego możliwości komunikacyjne i promocyjne. Jest to strona dla wszystkich, którzy działają w stowarzyszeniach, chcą pozyskiwać pieniądze na działalność społeczną, pragną znać aktualne przepisy lub po prostu poszerzać swe horyzonty i kontakty w świecie społeczników i aktywistów. Na spotkanie planowany jest także blok warsztatowy poświęcony komunikacji i promocji działań społecznych.
Seminarium organizowane jest przez portal organizacji pozarządowych ngo.pl, we współpracy z Polsko-Amerykańską Fundacją Wolności i Akademią Rozwoju Filantropii w Polsce. Zainteresowani proszeni są o wypełnienie ankiety i przesłanie jej pod adres jakub.jakubowski(małpa)post.pl

sobota, 3 stycznia 2015

Wyzwanie nie dla dzieci - warsztaty debatanckie i debata oxfordzka

Dziś o Tygodniu kultury w I radzyńskim LO. Temat ten w środowisku radzyńskiej młodzieży jest chyba dość popularny. Im bliżej tym ciekawiej. Program o tyle różnorodny, co mocno telewizyjny. Dominują różnej maści telent­show­y, familiady, jakie to melodie i wybory miss... Przez chwilę ma się wrażenie, że to odwiedziny u babci, u której telewizor nastawiony jest na podobne fale, albo że to dni kultury w przedszkolu. Honoru licealnej kultury bronią przeglądy kapel, oglądanie filmów, kręcenie teledysków i inne warsztaty. Słowem coś wciągającego i angażującego. Tego spodziewam się po LO - więcej ambicji, a mniej myślowej papki.
Stąd, kiedy mój młody przyjaciel z LO, Paweł Pulik, zapytał mnie, czy nie zechciałbym włączyć się w organizację Tygodnia Kultury, chętnie się zgodziłem stawiając przed nim i pozostałymi uczniami poważne wyzwanie. Zorganizujemy warsztaty debatanckie, a w samym "tygodniu" debatę oxfordzką.
Debata oxfordzka w Oxfordzie. Widok z lotu ptaka i zza pleców marszałka. Po prawej stronie trzech mówców propozycji, po lewej trójka mówców opozycji. Za ich plecami grupy wspierające ich stanowisko. Na sali i ponad salą (na balkonach) publiczność, która dopiero zamierza wyrobić sobie opinię w danym temacie. Zaczynamy!
Co Wy na to? Macie ochotę na wydarzenie, gdzie emocji będzie więcej niż podczas familiady? Chcielibyście zyskać więcej odwagi, aby potrafić bronić swego zdania, kiedy sytuacja tego wymaga, albo zadać pytanie na forum publicznym nie bojąc się, że "inni uznają je za śmieszne"? A może chcecie popracować nad strategią pracy w grupie i wygrać bitwę na zupełnie inne głosy niż śpiewane?
Wiem. Dla wielu (może większości?) trudne to i nudne. Ale do stu diabłów ­ jesteście w liceum przypadkiem? Większość z Was chce po maturze iść na studia, a potem ustawić się jakoś w życiu. Jeśli myślicie, że Wam się uda, bo jesteście świetni w rozpoznawaniu piosenek z Robertem Janowskim, to możecie dalej nie czytać tego tekstu i zająć się treningiem w słuchaniu klasyki
polskiej i światowej piosenki.
Dla wszystkich, którzy czytają dalej mam niespodziankę. Warsztaty debatanckie będą bezpłatne i nie zajmą Wam w przepełnionym nauką (piszę tak, ale sam w to nie wierzę) życiu dużo czasu. Spotkań będzie może z pięć. Jakieś dwie prace domowe. Jedna debata treningowa. Potem splendor, chwała i pewność siebie. Ja robię to wolontariacko i w ramach społecznego eksperymentu, ale jako nowy miejski radny chcę coś od siebie dać. Szczególnie tej części lokalnej społeczności, w której pokładam szczególne nadzieje dla naszego miasteczka.
Zatem od początku. Debata oxfordzka to forma dyskusji, w której obowiązują żelazne i nieprzekraczalne reguły. Powoduje to, że wymiana opinii jest bardzo kulturalna i daje szanse na zaprezentowanie w zrównoważony sposób wielu zdań, różnych aspektów i argumentów. Dyskusja ta występuje w różnych drobnych odmianach formalnych, ale podstawowe jej reguły to:
  • teza (twierdzenie) wokół której toczy się debata, np. "Prawdziwa kultura w Radzyniu umarła", 
  • dwie strony uczestników debaty (mówcy propozycji i opozycji), których zadaniem jest obrona i obalenie postawionej tezy, wzajemne wysuwanie argumentów i kontrargumentacja, 
  • równa liczba mówców po obu stronach, precyzyjnie określona kolejność wypowiedzi i ich czas,
  • możliwość zadawania pytań z publiczności podczas wystąpień mówców, które jednakże mówca może odrzucić,
  • możliwość udziału publiczności w postaci krótkich, ograniczonych czasowo wypowiedzi, naprzemiennie po każdej ze stron dyskusji, po zakończeniu wystąpień móców,
  • rozstrzygnięcie tego, która strona przedstawiła silniejsze argumenty i wypadła w debacie bardziej przekonująco należy do publiczności i dokonuje się w głosowaniu
  • debatę prowadzi marszałek oraz sekretarz, a podczas spotkania obowiązuje oficjalny ubiór i zachowanie.
Co daje taka debata? Rozwija kulturę dyskutowania, a tego potrzeba nam w Polsce jak świeżego powietrza. Konieczność dostosowania się do reguł, mieszczenie się w czasie przeznaczonym na wystąpienie zmusza do dobrego przygotowania i przemyślenia tego co ma się do powiedzenia. Jeśli występujący mówcy sprostają zadaniu, debata może mieć widowiskowy przebieg i przynieść naprawdę nie mniej emocji niż niejeden telewizyjny show. Z tą różnicą, że publiczność za udział w tym przedstawieniu nie musi płacić SMS­ami. No to jak ­ są chętni do zabawy w kulturę rodem z Oxfordu? Jeśli tak, czekam na wasze zgłoszenia do 10 stycznia 2015 roku tu: goo.gl/ieC2Bt

czwartek, 18 grudnia 2014

Jezus też nosił brodę

Zdaniem Super Expresu
Jezus jednak nie nosił brody.
Info: 10.2014, www.se.pl
Janusz mnie zaskoczył. Nie widziałem go jakiś czas, nagle spotykam go wieczorem i prawie nie poznaję. Chwilę później okazało się, że nie byłem pierwszy. Znam go jako osobę mocno zapracowaną, regularnie zarywającą noce i permanentnie w biegu. Ale w pierwszej chwili, kiedy zobaczyłem go z kilkutygodniowym zarostem, pomyślałem, że pewnie ma jakieś rodzinne kłopoty. Taka skojarzeniowa kalka - nauczyciel, nieogolony na gładko, nie artysta: pewnie ma kłopoty. Moje podejrzenia okazały się jednak chybione, a broda - podobnie jak moja - efektem codziennej pogodni za czasem.
- Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek i cokolwiek tak nieznaczącego powodowało tak duże zainteresowanie tak wielu osób - powiedział Janusz, a po chwili dodał - Można nic nie robić, a osiągnąć sukces. Każdy poświęca ci czas, pyta o co chodzi, czy brodę zapuściłem w jakimś celu. Chyba muszę znaleźć ten szczytny cel? Może profilaktyka raka, albo akceptacja łysych?
- To teraz modne w naszym kraju - starałem się go pokrzepić. - Moja żona mówi nawet, że jestem radzyńskim trendsetterem, czyli takim co u nas w mieście tę modę zapoczątkował. Wyobrażasz sobie? Też nic nie robiłem i zapoczątkowałem modę... Nie! To jednak się nie trzyma kupy. Znam przecież mnóstwo ludzi, którzy też nic nie robili zanim mi rosnąć zaczął jakikolwiek zarost. To stara polska moda. Niezbyt się narobić, a zarobić...
- A co myślisz o powierzeniu Radzynia i jego mieszkańców Jezusowi?
- Świetnie! On też nosił brodę!

wtorek, 9 grudnia 2014

Ośmiu sympatycznych Murzynków z PiS

Jeśli ktoś Kalemu zabrać krowy (...) to jest zły uczynek (...). Dobry, to jak Kali zabrać komu krowy.
Kto z nas nie pamięta Kalego - przesympatycznego Murzynka z powieści Sienkiewicza? Każdy mały Polak czytając te słowa uczył się na czym polega moralny relatywizm i hipokryzja. Niektórzy jednak biorą to na poważnie. Potępiają u innych to, co u samych siebie uważają za dobre. 
W poprzedni poniedziałek okazało się, że mamy w radzyńskiej Radzie Miasta ośmiu sympatycznych Murzynków z PiS. Bo jeśli ktoś radnych PiS nie uwzględnić w wyborze prezydium to jest zły uczynek. Dobry, to jak radni PiS nie uwzględniają innych. Na stanowisko Przewodniczącego Rady wybrano Adama Adamskiego - gratulacje! Na funkcje dwóch wiceprzewodniczących zgłoszono trzy kandydatury: Bogdana Fijałka (PiS), Marka Zawady (Forum) i Mieczysława Zająca (PiS). Zawada przepadł (sic!), uzyskując jedynie 6 głosów, a Fijałek i Zając dzięki poparciu 9 głosów objęli funkcje zastępców - gratulacje! Ale czy to dobrze?
Krótki cytat z oświadczenia radnych PiS z 2010 roku, kiedy to wylewali (jak się dziś okazuje - krokodyle) łzy nad zaistniałą sytuacją (Przewodniczącym Piekutowski, zastępcami Szymala i Stradczuk - wszyscy z jednego klubu): Protestujemy przeciw zawłaszczaniu władzy w mieście. (...) Mamy nadzieję, że wygłaszane w trakcie kampanii (...) deklaracje radnych koalicji o chęci współpracy nie były tylko czczym frazesem. Dziś sami zrobili tak, jak wówczas Piekutowski z ekipą i (ich zdaniem) jest dobrze. A czy prowadząc kampanię nie deklarowali chęci współpracy na rzecz miasta?
Panowie błagam - odróżnijcie się od swych poprzedników. Wyciągnijcie rękę - bo jak nie Wy, to kto?

sobota, 6 grudnia 2014

Pasowanie na rycerza

Parafrazując znane powiedzenie - wybory, wybory i po wyborach. Nastał zwykły czas i znów trzeba sobie patrzeć w oczy, mówić "dzień dobry!", wymieniać uściski dłoni, kurtuazyjne serdeczności, albo nawet (!) współpracować. Dla niektórych będzie to trudne. Nowa rada, nowy burmistrz, nowa rzeczywistość. Czy jest szansa na wykorzystanie tego co nowe, na korzyść całej społeczności, a nie tylko jej części? Oby!
Po odebraniu zaświadczenia o wyborze na radnego i ślubowaniu przychodzi czas metodycznej pracy i spełniania obietnic. Jeśli jeszcze nie wyrzucili Państwo wszystkich tych kolorowych i uśmiechniętych ulotek wyborczych proszę o rzecz małą i wielką zarazem. Proszę je zachować. Proszę wygrzebać puste pudełko po butach, albo papierową teczkę, schować tam rzeczone obietnice dzielnych radnych i burmistrza i na kilka tygodni/miesięcy zapomnieć. Taka kapsuła pamięci. Za jakiś czas, ale na długo przed kolejnymi wyborami wyciągamy kapsułę otwieramy i czytamy CV rycerzy, którzy dzielnie stawali do małej bitwy, znaczy - wyborów. Teraz trwa duża bitwa. Rycerze walczą! Pomóżmy im! Pomóżcie nam! Spotykajmy się, sugerujcie co i jak poprawić, piszcie petycje i zbierajmy pod nimi podpisy. Rycerze muszą czuć, że tuż za nimi jest drugi szereg, a potem następny. Muszą czuć doping.
A gdyby się okazało, że ulotki już u Państwa wyrzucone - przyjdę z pomocą. Tak się składa, że mam komplet materiałów promocyjnych wszystkich radnych i burmistrza. Swoją ulotkę z uśmiechem też mam - jak mi będzie smutno to sobie popatrzę, poczytam i zaraz humor wróci. Oby!