poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Koncept mistrza, czy dzieło przypadku?

Oto gdzie i jak powstają
 kolejne egzemplarze gry...
Czy jest jeszcze w Radzyniu osoba, która nie słyszałaby o tym, że Janusz Wlizło stworzył grę? Wątpię! Praca jaką wkłada on w promocję swego dzieła jest nie tyle imponująca, co skuteczna. Kiedyś Bob Marley swoją muzyką godził skłóconych polityków na Jamajce. Dziś Janusz jest o krok od posadzenia przy jednej planszy Rębka i Kotwicy. Choć nie mi oceniać, czy akurat ci dwaj politycy są zwaśnieni jak polityczne gangi na Jamajce w latach 70-tych. Tak tylko pomyślałem... 
Planszówka nazywa się Conceptus Masters. Jeśli rzeczywiście jest jeszcze ktoś, kto nie grał, nie widział i nie wie co to to jest, to napiszę jednym zdaniem. Gra polega na dotarciu do punktu bronionego przez przeciwnika lub usunięciu z planszy wszystkich kamieni, którymi broni dostępu do owego miejsca. Proste? Nawet bardzo! Śmiem twierdzić, że w istocie tej gry objawił się geniusz autora. Zwykle bowiem ma on tendencję do rozwlekłości i przegadywania tego co pisze, o czym opowiada i co robi. Czasem wychodzi to na dobre (vide ilość mistrzów w taekwon-do, których wychował), a czasem nie. Nie wiem czy jest w tym zasługa brody, która towarzyszyła Januszowi podczas dopracowywania gry, ale w jej koncepcji naprawdę objawia się mistrzostwo. I nie przeszkodzą mi w podtrzymaniu tego twierdzenia mniej udane, a towarzyszące grze, dzieła przypadku: trochę nazbyt rozbudowana szata graficzna, plany na stworzenie perfum a'la Conceptus, czy bicie rekordu w najdłuższej partii w Conceptusa pod wodą - bez tlenu (sic!).
To jak? Ma ktoś ochotę na partyjkę Conceptusa? Na sucho, z tlenem i czymś do picia w Kofi&Ti! Zapraszam!

poniedziałek, 30 marca 2015

Win-win!

Życie na streecie.
Szkoda, że Państwo tego nie widzieli! W miniony czwartek, po trzech godzinach obrad miejskiej rady, do głosu doszła młodość. Grupa nastolatków dzielnie wytrwała wszystkie dość nudne dla nich dyskusje. Bo to jeden się czymś chwali, drugi czegoś chce, inny o coś prosi. Chapeau bas po raz pierwszy! Ja bym pewnie wolał szaleć na rowerze, bo pogoda była piękna. Większość radnych - gdyby mogła - pewnie też wolałaby być gdzie indziej i robić co innego. Takie można było odnieść wrażenie, choć pewna aktywność była widoczna. Ale do rzeczy...
W punkcie wolne wnioski, w którym każdy mieszkaniec może zabrać głos, wstał jeden z nich i wygłosił przygotowany tekst. Publiczność zamarła, bo młody brzmiał lepiej niż niejeden miejski radny. Sypał argumentami i liczbami. Spójnie i logicznie wyłożył z czym przyszedł. A przyszedł z prośbą o działania w sprawie skate-parku dla młodych miłośników sportów ekstremalnych. Podziękował radnym, którzy temat skate-parku poruszyli. Podziękował burmistrzowi za tzw. udostępnienie, czyli share'owanie content'u (czyt. szerowanie kontentu - nie mylić z szorowaniem kontynentu) czym burmistrz wydał się lekko zaskoczony. Zdaje się bowiem, że sam nie prowadzi swego facebook'owego profilu. Mniejsza z tym! Na koniec pięknej mowy młodzi złożyli na ręce włodarza i w błysku fleszy 721 podpisów osób popierających ich inicjatywę. Chapeau bas po raz drugi!
I co teraz? Co teraz z ponad 700-osobami, które chcą skate-parku? Taka liczba to 1/4 wyborców burmistrza. Trafią do segregatora? Do niszczarki? A może warto rozważyć fakt, że większość z młodych - choć dziś wciąż małoletni - w 2018 roku nabędzie już wyborcze prawa i może się przyczynić do reelekcji. Jakby nie patrzeć zbudowanie skate-parku i siłowni pod chmurką to będzie po prostu dobre działanie dla wszystkich. Sytuacja "win-win"! Każdy zwycięża, przegranych brak! No przynajmniej takie miałem wrażenie po ostatniej sesji.

(Fot. http://www.wedrowki.com/)

poniedziałek, 23 marca 2015

Siusiumajtki z kipą pod nosem

(Żadne dziecko nie ucierpiało
podczas pisania tego tekstu)
Jakie wrażenie zrobiły na Państwu doniesienia ze szkoły w Szczodrem i z przedszkola w Parczewie? Nauczycielki za metodę wychowawczą obrały tam zaklejanie uczniom ust taśmą klejącą. Mi przypomniała się scena z III klasy podstawówki. W akcie desperacji jedna z nauczycielek właśnie tak postanowiła okiełznać wyjątkowo niesfornego kolegę imieniem Kajtek. Sytuacja była jednorazowa, wszyscy się z tego śmialiśmy. Kajtek też. Nikt nas nie terroryzował, nie wyzywał od tych "z kipą pod nosem" i "siusiumajtków". Na Śląsku było inaczej. Dzieci mimo to nie skarżyły się rodzicom. Bały się, że i tak nikt im nie uwierzy. Rodzice nawet jeśli coś podejrzewali - bagatelizowali problem.
Często naszym marzeniem jest wychować dzieci na ludzi asertywnych, pewnych siebie i odważnych. Póki jednak są dziećmi oczekujemy pasywności, podporządkowania i w kółko im powtarzamy "bądź grzeczny!". O tym jak ma się jedno do drugiego nie myślimy wcale lub kiedy jest już za późno.
Posyłamy dzieci do szkoły licząc, że nauczyciele rozwiążą problemy za nas. Sami zaś oddajemy się zarabianiu pieniędzy. Potrzebnych na podręczniki, korepetycje, zajęcia dodatkowe i pomoce naukowe. Na gadżety, które zastąpią nas i nasz czas - lalki, smartfony, tablety i rakiety. Z przerażeniem patrzymy na dziecko, którego problemów wkrótce nie znamy lub nie rozumiemy, a z mediów dobiegają informację o nastolatkach, którzy popełniają zbiorowe samobójstwa lub mordują rodziców.
A może uczyć dziecko w domu, skoro szkoła wcale nie rozwiązuje problemów tylko nakleja na nie klejącą taśmę? W "dzień wagarowicza" uczniowie uciekają z lekcji do parku. Z nauczycielem bywają tam sporadycznie. Domowa edukacja daje szanse na to, żeby przyrody dziecko uczyło się w lesie, muzyki na koncercie, a fizyki z tatą w warsztacie. Każdy dzień może być trochę jak "dzień wagarowicza". Tylko kto ma na to czas? No właśnie. Tych co mają zapraszam na spotkanie do Kofi&Ti, 28 marca 2015 roku o godzinie 19.00. Najlepiej z dziećmi...
Więcej informacji o spotkaniu - WEBINAR: Alternatywna Edukacja

poniedziałek, 16 marca 2015

Z Jakubowskim przegrać, to jak wygrać...

A. Wasak. Portret pędzla A. Warhola.
...mogłaby powiedzieć Anna Wasak (moja konkurentka w wyborach do rady) obejmując posadę asystenta burmistrza Rębka. Fucha to nie byle jaka, bo wielofunkcyjna. Rzecznik prasowy, pośrednik między urzędem miasta a domem kultury, no i wreszcie główny zarządca, marketingowiec i fundraiser* pałacu Potockich. Jako radna mogłaby liczyć na nieco ponad 500 złotych. Jako asystentka weźmie co najmniej trzy tysiące. Można więc zaryzykować, że opłaciło się przegrać. 
Pani Aniu! Winszuję błyskawicznego awansu i życzę, żeby pałac ostatecznie przeszedł w ręce miasta, bo póki nie przeszedł, to nie ma czym zarządzać... No właśnie! Co prawda uczę się dopiero "wielkiej polityki", ale za to od najlepszych. Burmistrz Rębek mówił na ostatniej sesji, że miasto nie może wydawać pieniędzy na nieswoją własność. Zatem przydałoby się nam już to przejęcie, bo przecież nie będzie Pani zdobywać milionów na pałac, który nie jest nasz własny, tylko państwowy. Burmistrz mówił wręcz, że byłoby to niezgodne z prawem.
Z tego samego powodu nie przychylił się też do wniosku radnego Roberta Mazurka, który podsunął pomysł powołania grupy roboczej, poszukującej najlepszego pomysłu na pałac. Uznał, że póki pałac nie należy do miasta, praca takiego zespołu nie ma sensu. Nieśmiało więc pytam - jaki sens ma zatrudnianie fundraisera i zarządcy dla obiektu, który nie jest własnością miasta? Cóż za żelazna logika i konsekwencja?
Pani Aniu! Będzie o czym pisać. Wiersze też!
*fundraiser - osoba odpowiedzialna za pozyskiwanie pieniędzy z zewnętrznych źródeł.

czwartek, 19 lutego 2015

Skurcz Radzynia

Edvard Munch, "Krzyk"
W latach 2009-­2014 z Radzynia zniknęło 575 osób. To blisko 4%! Jeśli przyjąć, że w jednym mieszkaniu w bloku mogą mieszkać średnio trzy osoby (np.: rodzice z dzieckiem), a blok ma 60 mieszkań, to w ciągu pięciu lat opustoszało nam 180 mieszkań. Trzy bloki!
Statystyka nie uwzględnia tych, którzy pracują i mieszkają gdzie indziej, a w Radzyniu są tylko zameldowani. Oni do Radzynia nie wrócą, a rozstaną się z nami na dobre. Duże miasta wprowadzają bowiem "karty mieszkańca", które dla osób zameldowanych, czyli płacących podatki, gwarantują zniżki i przywileje. To może spowodować, że radzynianie mieszkający w Warszawie już niedługo staną się warszawiakami.
Co to znaczy dla nas? Więcej miejsc pracy? Więcej mieszkań na rynku? A może więcej lokali na wynajem? To wszystko pozory. Zmniejszenie liczby mieszkańców to mniej dzieci, które chodzą do szkół, mniej osób kupujących w małych sklepach, pijących kawę w Kofi&Ti, noszących ubrania do pralni, naprawiających samochody i chodzących do fryzjera. To skurcz dla lokalnej gospodarki, która żeby się rozwijać potrzebuje mieszkańców. Takich, którzy zarabiają jak najwięcej i wydają pieniądze tu - nie w angielskim, niemieckim, czy portugalskim markecie. Żeby gospodarka kwitła pieniądz musi krążyć!
Mniej mieszkańców to niższe wpływy z podatku dochodowego i szczuplejszy budżet miasta. W Radzyniu co czwarta złotówka pochodzi z podatków od dochodu osób fizycznych. Niestety tylko co drugi podatnik, z których każdy dokłada do miejskiej kasy ponad tysiąc złotych, zarabia te pieniądze w naszym mieście. Reszta pracuje gdzieś w Polsce lub świecie. Co będzie kiedy liczba podatników zmniejszy się o połowę? Mówi się w Radzyniu o budowaniu socjalnych mieszkań. Dla kogo,­ skoro „trzy bloki puste”? No i kto to sfinansuje? Może więc najpierw pomyślmy o tym jak ściągnąć do miasta ludzi młodych i zaradnych?
* Informacje pisane pochyłym drukiem pochodzą z prezentacji Anety Dobroch i były prezentowane na styczniowej sesji Rady Miasta.

W piątek, 20 lutego 2015 r. zapraszam do Kofi&Ti na dyskusję na temat polityki prorodzinnej. Więcej o wydarzeniu: https://www.facebook.com/events/1407432986225262/

poniedziałek, 9 lutego 2015

Audi 80

Pół powiatu takie ma - mam i ja!
Temat ten czekał na mnie długo. Czatował na parkingu pod mieszkaniem. Spokojnie, bez pośpiechu, wiernie. Czekał od lat i właśnie teraz się doczekał. 
W ostatnim numerze "Wspólnoty" opublikowano oświadczenia majątkowe nowych miejskich radnych - w tym moje. Dziwnie się z tym czuję, że trzeba oświadczać co się ma. Mimo to biorę na klatę fakt, że mam jakieś oszczędności i starą chałupę na wsi. Taka karma. Mama od zawsze powiadała, że "robota lubi głupiego".
Ale temat, który chcę rozwinąć wcale nie dotyczy łąki, którą posiadam. Dotyczy samochodu! I teraz kolejne zdziwienie. Dziwnie się z tym czuję, że muszę pouczać dziennikarza, który napisał o moim oświadczeniu. Niestety z owego tekstu dociekliwy wysnuje zły wniosek. W rubryce "samochód" napisali: "brak". A przecież pół Radzynia wie, że Jakuboski starym brudnym Audi 80 jeździ. Znaczy skłamał? No nie... redaktorka sierota! W oświadczeniu trzeba wpisać wszystko, co masz, a co warte więcej niż 10 tysięcy. Stare Audi warte mniej! Redaktorka nie doczytała, wiec napisała jak pomyślała, i wyszło jak wyszło.
W całej tej sprawie najbardziej żal mi samochodu. Nigdy mnie nie zawiódł. Raczej zawiózł wszędzie gdzie potrzebowałem. Wiernie służy już siódmy rok, i pewnie jeszcze posłuży. Stara sprawdzona 23-latka. Gdyby umiała czytać "Wspólnotę" pewnie by się na mnie obraziła, że się jej wyparłem w żywe oczy czytelników.

***
PS. Drogi Wujku Adamie! Dziękuję za troskę o elektorat. Myślę, że w jednym miejscu ma on moją sympatię do działań Orkiestry, Antoniego oplutego jadem i 28-stronicowe PDFy.
Tylko czy na pewno w sercu?

niedziela, 1 lutego 2015

Pałac wzięty!

Taki pomysł - renowację rzeźb
sfinansują radni PiS, a rzeźby dostaną
ich twarze. Dobry?
Radni Radzynia wyrazili wolę, a burmistrz tę wolę wypełni i pałac Potockich wreszcie będzie nasz - znaczy miasta. Wcześniej też był nasz, ale mniej, bo państwowy, czyli wspólny. A w Polsce jak coś jest wspólne, to w sumie niczyje. Można wziąć i nie oddać, można nie dbać i się nie martwić. Martwić się trzeba o siebie i swoje. No to będziemy mieć pałac nasz i niczyj więcej. I dobrze! Myślenie logiczne, ale niekompletne. 
No bo co teraz? Co jak już pałac będzie wreszcie bardziej nasz niż dotychczas? Ano przyjdzie pokazać jakimi jesteśmy gospodarzami. Jak potrafimy zadbać o zabytek i jego otoczenie. Jak wykorzystać jego wszystkie atuty, jak sprawić by był dla Radzynia szansą i sprężyną, a nie kłopotem i obciążeniem.
Burmistrz wie i nie zamierza drapać się w głowę - większa szkoła muzyczna, archiwum, ośrodek kultury. Radni PiS mu wierzą i gratulują polotu. Ja śmiem mieć wątpliwość, więc pytam - przejąć pałac i co dalej? Propozycje Rębka być może pozwolą na opłacenie części bieżących kosztów, ale na nic więcej. Wiem, bo Radzyń już to przerabiał. Przez całą drugą połowę XX wieku w pałacu rezydowali różni książęta, sędziowie, urzędnicy, nauczyciele i pomagierzy. Efekt widać dziś. Straszące i zdewastowane wnętrza, zaniedbany dziedziniec, zrujnowany park, zniszczone rzeźby.
 Dlaczego teraz mieliby dokładać? Bo poprosi ich burmistrz? Wolne żarty! Do pałacu nie dołoży nikt, kto nie będzie miał z tego korzyści, więc ani szkoła, ani archiwum, ani ośrodek kultury. Będą siedzieć, pić kawę i czekać... 
Przez lata nawet pies z kulawą nogą nie przychodził do pałacu jeśli nie musiał, a teraz niby przyjadą turyści? Przyjadą i zostawią kasę w naszym gasnącym miasteczku?
Kiedy ojciec Ignaca Potockiego - Eustachy - stawiał sobie w Radzyniu rezydencję chciał, żeby z podziwu przyjezdnym oczy na wierzch wychodziły. I tak było! Kiedy Szlubowski stracił finansową płynność, a pałac podupadł, postanowił oddać go państwu. I tak się stało! 100 lat później miasto dalekie jest od finansowej stabilności, stan pałacu martwi, a burmistrz i radni biorą go na barki mieszkańców. I to bez żadnego sensownego pomysłu na to jak czerpać z pałacu korzyści. Nie ma pomysłów, więc korzyści też nie będzie. Będą koszty!


Więcej o pałacu - wpis z 13 lutego 2014 r. pt. "Pałac psu na budę"

piątek, 23 stycznia 2015

Biedroneczko leć do nieba

Różne biedronki azjatyckie
i jedna portugalska
W środku zimy, nie wiadomo skąd, pojawił się w moim mieszkaniu rój biedronek. Niespodziewanie znajduję jakąś na pościeli, na biurku w pracowni lub na kuchennym stole. Skąd one wyłażą? Takie niby fajne i pożyteczne zwierzątko, mszyce zjada... Ale dlaczego, jak Pan Bóg przykazał, nie śpi w zimie? Mszyce śpią. Pomyślałem, że pokażę dziecku, czegoś je nauczę, opowiem o kropkach. Nic z tego! Córeczka przez chwilę wpatrywała się w swą malutką rączkę, ale na moje słowa - biedroneczko leć do nieba - zacisnęła dłoń w piąstkę. Pokój wypełnił drażniący, ostry smrodek martwej bożej krówki. Podreptaliśmy do łazienki umyć rączkę.
***
Pierwszy dyżur radnego upłynął mi na czytaniu książki. Nie przyszedł nikt. Sytuację uratowała przemiła rozmowa Panią sprzątającą trzecie piętro gmachu przy Warszawskiej 32.
- Córka pracę na kasie w Biedronce dostała tylko dlatego, że po studiach zrobiła kurs języka migowego. Podyplomowych już nie robiła. Nie wierzy w ich sens. I tak nie znajdzie pracy. Godzi się na 800 złotych i umowę na 2/3 etatu.
Nie wiedziałem co powiedzieć. Kiwałem głową. Nie wiem czy córka pani z którą rozmawiałem robi w tej samej Biedronce zakupy i się cieszy, że tanio. Tanio, bo kasjerkom po studiach płacą po 800 złotych. Podobno w całym kraju mamy ich już 2500, a na koniec roku będzie 3000. Ile małych sklepów upadnie? Ilu magistrów zamknie biznes i pójdzie na kasę za 800 złotych?
***
Biedronki z mieszkania okazały się chińskie. Mutanty. Nie zimują i (według Google) ugryźć potrafią. Takie czasy, że nawet biedronkom ufać nie warto.

piątek, 16 stycznia 2015

Szlaban na WOŚP

Nie zbierałem w tym roku pieniędzy na WOŚP, choć byłem wolontariuszem, dostałem puszkę i identyfikator. I to wcale nie przez zdziesiątkowane ataki przeciwników działań Jurka Owsiaka, nie przez paranoiczne teorie, które wyziewają z 'niepokornych' mediów, nie przez podejrzenia. Wszystkiemu winna pora roku w której orkiestra gra. Przeziębiony brałem antybiotyki, a w sobotni wieczór dałem sobie postawić na plecach bańki i szlaban na wyjścia gotowy.
Miałem za to szansę uważniej śledzić nagonkę na akcję Owsiaka w internecie. Miałem czas przeczytać teksty, obejrzeć filmy, wysłuchać pseudo-ekspertów. Czego tam nie brak? Że dzieci zbierające na orkiestrę marzną, że całe to zaangażowanie mediów, wszystkich służb i ludzi za dużo kosztuje, że nie wszystkie pieniądze jakie ma WOŚP idą na sprzęt medyczny (część na szkolenia, wynagrodzenia i koszty), że Przystanek Woodstock. Niektórzy idą dalej! Zarzucają Owsiakowi oszustwa i kradzieże. Manipulują liczbami ze sprawozdań fundacji. Rzygać się chce. Oni plują jadem, a mi się chce na nich rzygać.
Myślę sobie: po co im to wszystko? Po co ta zawiść, po co cały ten demagogiczny wysiłek, po co manipulacje? Ale to proste jak cała socjal-konserwatywna prawica. Idziemy do władzy! A skoro Owsiak nie jest z nami to jest naszym wrogiem i znajdziemy dowody na to, że jest wcielonym złem. Boże! Widzisz to i nie grzmisz? A może się śmiejesz?

czwartek, 15 stycznia 2015

Najsamprzód kultura


"Najsamprzód jest kultura. Potem długo, długo, długo nic i... sztuka.
Na końcu!".

Tak w doskonałym skeczu Janusz Gajos rozprawił się z typowo polskim sposobem postrzegania kultury - odklejonej od wszystkiego i wszystkich. Tak też mamy w Radzyniu. Kultura jednak nie lubi być długo odklejona. Czepia się więc: szkół, kościołów, kawiarni, sklepów - co to je w galeriach umieszczają, zabytków, miejskiej przestrzeni. Czasem czepia się nawet zupełnie zwykłych ludzi. Najgorzej jak przylepi się do polityki. Efektem tego: co w Radzyniu nowy burmistrz, to nowy dyrektor domu kultury.
Tym razem jednak nie jest łatwo. Na stanowisko głównego menadżera radzyńskiej kultury nie ma wielu chętnych. Tu i ówdzie szepcze się tylko o tym, kto zastąpi Wojtasia. Burmistrz milczy, nikogo nie namaszcza, nic nie sugeruje, nie ogłasza też konkursu - choć mógłby. W takim konkursie istnieje bowiem ryzyko, że ktoś złoży ofertę. Może to nawet być osoba, która wie coś o kulturze, a nie startowała z niepowodzeniem w ostatnich wyborach z listy PiS. I co wtedy?
Kuluarowa lista kandydatów na dyrektora ROKu ogranicza się niestety (poza kolegą Adamem, o którym jeszcze później) do osób przegranych, które wiedzę o kulturze mają wąską, a doświadczenie skromne.
Moja teoria jest taka: aby coś się w ROKu zmieniło - a że zmian tam trzeba nikt nie zaprzeczy - dyrektorem musi zostać jakiś wariat/idealista (znam jednego i nie jest zainteresowany) albo samobójca. Po fali zwolnień w ośrodku, Radzyń ześle bowiem nowego dyrektora w społeczny niebyt, a burmistrz też się wtedy nań wypnie. Wszyscy o tym wiedzą, dlatego chętnych brak.
Druga część teorii mówi, że skoro plany ambitne (Rębek obiecał stworzenie dużego centrum kultury w przejętym na rzecz miasta pałacu Potockich), to dyrektorem powinien zostać jednak profesjonalista. Ale jedynym, który swoje już wygrał, a w Kocku ma jak u Pana Boga za piecem, jest Adam Świć. Czy zgodzi się on na tę samobójczą misję? Tego nie wie nawet Molas, na którego zaszczyt pełnienia obowiązków spadł jak grom z jasnego nieba i będzie leżał mu na plecach co najmniej do końca stycznia.

wtorek, 13 stycznia 2015

Życzliwości


Jeśli chciałbym podsumować miniony rok jednym słowem, i w tym samym słowie zawrzeć życzenia na rok następny, powiedziałbym: "życzliwości". 
Przykładem niech będzie pani Ewa z warzywniaka przy Warszawskiej. Ilekroć przychodzę do niej po świeże pomidory i soczyste jabłka sklep, choć mały, pełny jest życzliwości. Przypadkowo spotkani w tym miejscu ludzie, witają się i serdecznie rozmawiają - o sezamowych ciasteczkach, przepisach na ćwikłę z gotowanych buraczków, miodzie z małej pasieki i codziennych problemach. W życzliwym otoczeniu ich rozwiązanie jest łatwiejsze. 
W spożywczaku na rogu Warszawskiej i Chomiczewskiego zamówione dwa bochenki żytniego chleba czekają i pachną. Bez kropli życzliwości pani Eli pewnie bym się spóźnił i już by ich dla mnie zabrakło. Nie musiała przecież ich odkładać - kto pierwszy ten lepszy - a jednak... 
Życzę Państwu, żeby w 2015 roku życzliwości spotykały Was na każdym kroku. Małe i duże, w słowach i czynach, zawsze prawdziwe a nigdy wymuszone. 
Po wielu moich wspólnotowych felietonach prowadzę sympatyczne rozmowy z przyjacielem z Czemiernik. Dzwoni poruszony co niektórymi tekstami, czasem o coś dopytuje, innym razem się śmieje lub wspólnie szukamy wyjaśnień. Takich ludzi - życzliwych i nieobojętnych - spotykajcie przez cały rok! Życzliwości!

środa, 7 stycznia 2015

Poszerzaj horyzonty - poznaj stronę ngo.pl [zaproszenie]

W najbliższą sobotę, 10 stycznia od godz. 10.00 do 14.00 w kawiarni Kofi&Ti odbędzie się bezpłatne seminarium na którym przedstawiony zostanie szczegółowo portalu ngo.pl, jego możliwości komunikacyjne i promocyjne. Jest to strona dla wszystkich, którzy działają w stowarzyszeniach, chcą pozyskiwać pieniądze na działalność społeczną, pragną znać aktualne przepisy lub po prostu poszerzać swe horyzonty i kontakty w świecie społeczników i aktywistów. Na spotkanie planowany jest także blok warsztatowy poświęcony komunikacji i promocji działań społecznych.
Seminarium organizowane jest przez portal organizacji pozarządowych ngo.pl, we współpracy z Polsko-Amerykańską Fundacją Wolności i Akademią Rozwoju Filantropii w Polsce. Zainteresowani proszeni są o wypełnienie ankiety i przesłanie jej pod adres jakub.jakubowski(małpa)post.pl

sobota, 3 stycznia 2015

Wyzwanie nie dla dzieci - warsztaty debatanckie i debata oxfordzka

Dziś o Tygodniu kultury w I radzyńskim LO. Temat ten w środowisku radzyńskiej młodzieży jest chyba dość popularny. Im bliżej tym ciekawiej. Program o tyle różnorodny, co mocno telewizyjny. Dominują różnej maści telent­show­y, familiady, jakie to melodie i wybory miss... Przez chwilę ma się wrażenie, że to odwiedziny u babci, u której telewizor nastawiony jest na podobne fale, albo że to dni kultury w przedszkolu. Honoru licealnej kultury bronią przeglądy kapel, oglądanie filmów, kręcenie teledysków i inne warsztaty. Słowem coś wciągającego i angażującego. Tego spodziewam się po LO - więcej ambicji, a mniej myślowej papki.
Stąd, kiedy mój młody przyjaciel z LO, Paweł Pulik, zapytał mnie, czy nie zechciałbym włączyć się w organizację Tygodnia Kultury, chętnie się zgodziłem stawiając przed nim i pozostałymi uczniami poważne wyzwanie. Zorganizujemy warsztaty debatanckie, a w samym "tygodniu" debatę oxfordzką.
Debata oxfordzka w Oxfordzie. Widok z lotu ptaka i zza pleców marszałka. Po prawej stronie trzech mówców propozycji, po lewej trójka mówców opozycji. Za ich plecami grupy wspierające ich stanowisko. Na sali i ponad salą (na balkonach) publiczność, która dopiero zamierza wyrobić sobie opinię w danym temacie. Zaczynamy!
Co Wy na to? Macie ochotę na wydarzenie, gdzie emocji będzie więcej niż podczas familiady? Chcielibyście zyskać więcej odwagi, aby potrafić bronić swego zdania, kiedy sytuacja tego wymaga, albo zadać pytanie na forum publicznym nie bojąc się, że "inni uznają je za śmieszne"? A może chcecie popracować nad strategią pracy w grupie i wygrać bitwę na zupełnie inne głosy niż śpiewane?
Wiem. Dla wielu (może większości?) trudne to i nudne. Ale do stu diabłów ­ jesteście w liceum przypadkiem? Większość z Was chce po maturze iść na studia, a potem ustawić się jakoś w życiu. Jeśli myślicie, że Wam się uda, bo jesteście świetni w rozpoznawaniu piosenek z Robertem Janowskim, to możecie dalej nie czytać tego tekstu i zająć się treningiem w słuchaniu klasyki
polskiej i światowej piosenki.
Dla wszystkich, którzy czytają dalej mam niespodziankę. Warsztaty debatanckie będą bezpłatne i nie zajmą Wam w przepełnionym nauką (piszę tak, ale sam w to nie wierzę) życiu dużo czasu. Spotkań będzie może z pięć. Jakieś dwie prace domowe. Jedna debata treningowa. Potem splendor, chwała i pewność siebie. Ja robię to wolontariacko i w ramach społecznego eksperymentu, ale jako nowy miejski radny chcę coś od siebie dać. Szczególnie tej części lokalnej społeczności, w której pokładam szczególne nadzieje dla naszego miasteczka.
Zatem od początku. Debata oxfordzka to forma dyskusji, w której obowiązują żelazne i nieprzekraczalne reguły. Powoduje to, że wymiana opinii jest bardzo kulturalna i daje szanse na zaprezentowanie w zrównoważony sposób wielu zdań, różnych aspektów i argumentów. Dyskusja ta występuje w różnych drobnych odmianach formalnych, ale podstawowe jej reguły to:
  • teza (twierdzenie) wokół której toczy się debata, np. "Prawdziwa kultura w Radzyniu umarła", 
  • dwie strony uczestników debaty (mówcy propozycji i opozycji), których zadaniem jest obrona i obalenie postawionej tezy, wzajemne wysuwanie argumentów i kontrargumentacja, 
  • równa liczba mówców po obu stronach, precyzyjnie określona kolejność wypowiedzi i ich czas,
  • możliwość zadawania pytań z publiczności podczas wystąpień mówców, które jednakże mówca może odrzucić,
  • możliwość udziału publiczności w postaci krótkich, ograniczonych czasowo wypowiedzi, naprzemiennie po każdej ze stron dyskusji, po zakończeniu wystąpień móców,
  • rozstrzygnięcie tego, która strona przedstawiła silniejsze argumenty i wypadła w debacie bardziej przekonująco należy do publiczności i dokonuje się w głosowaniu
  • debatę prowadzi marszałek oraz sekretarz, a podczas spotkania obowiązuje oficjalny ubiór i zachowanie.
Co daje taka debata? Rozwija kulturę dyskutowania, a tego potrzeba nam w Polsce jak świeżego powietrza. Konieczność dostosowania się do reguł, mieszczenie się w czasie przeznaczonym na wystąpienie zmusza do dobrego przygotowania i przemyślenia tego co ma się do powiedzenia. Jeśli występujący mówcy sprostają zadaniu, debata może mieć widowiskowy przebieg i przynieść naprawdę nie mniej emocji niż niejeden telewizyjny show. Z tą różnicą, że publiczność za udział w tym przedstawieniu nie musi płacić SMS­ami. No to jak ­ są chętni do zabawy w kulturę rodem z Oxfordu? Jeśli tak, czekam na wasze zgłoszenia do 10 stycznia 2015 roku tu: goo.gl/ieC2Bt

czwartek, 18 grudnia 2014

Jezus też nosił brodę

Zdaniem Super Expresu
Jezus jednak nie nosił brody.
Info: 10.2014, www.se.pl
Janusz mnie zaskoczył. Nie widziałem go jakiś czas, nagle spotykam go wieczorem i prawie nie poznaję. Chwilę później okazało się, że nie byłem pierwszy. Znam go jako osobę mocno zapracowaną, regularnie zarywającą noce i permanentnie w biegu. Ale w pierwszej chwili, kiedy zobaczyłem go z kilkutygodniowym zarostem, pomyślałem, że pewnie ma jakieś rodzinne kłopoty. Taka skojarzeniowa kalka - nauczyciel, nieogolony na gładko, nie artysta: pewnie ma kłopoty. Moje podejrzenia okazały się jednak chybione, a broda - podobnie jak moja - efektem codziennej pogodni za czasem.
- Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek i cokolwiek tak nieznaczącego powodowało tak duże zainteresowanie tak wielu osób - powiedział Janusz, a po chwili dodał - Można nic nie robić, a osiągnąć sukces. Każdy poświęca ci czas, pyta o co chodzi, czy brodę zapuściłem w jakimś celu. Chyba muszę znaleźć ten szczytny cel? Może profilaktyka raka, albo akceptacja łysych?
- To teraz modne w naszym kraju - starałem się go pokrzepić. - Moja żona mówi nawet, że jestem radzyńskim trendsetterem, czyli takim co u nas w mieście tę modę zapoczątkował. Wyobrażasz sobie? Też nic nie robiłem i zapoczątkowałem modę... Nie! To jednak się nie trzyma kupy. Znam przecież mnóstwo ludzi, którzy też nic nie robili zanim mi rosnąć zaczął jakikolwiek zarost. To stara polska moda. Niezbyt się narobić, a zarobić...
- A co myślisz o powierzeniu Radzynia i jego mieszkańców Jezusowi?
- Świetnie! On też nosił brodę!

wtorek, 9 grudnia 2014

Ośmiu sympatycznych Murzynków z PiS

Jeśli ktoś Kalemu zabrać krowy (...) to jest zły uczynek (...). Dobry, to jak Kali zabrać komu krowy.
Kto z nas nie pamięta Kalego - przesympatycznego Murzynka z powieści Sienkiewicza? Każdy mały Polak czytając te słowa uczył się na czym polega moralny relatywizm i hipokryzja. Niektórzy jednak biorą to na poważnie. Potępiają u innych to, co u samych siebie uważają za dobre. 
W poprzedni poniedziałek okazało się, że mamy w radzyńskiej Radzie Miasta ośmiu sympatycznych Murzynków z PiS. Bo jeśli ktoś radnych PiS nie uwzględnić w wyborze prezydium to jest zły uczynek. Dobry, to jak radni PiS nie uwzględniają innych. Na stanowisko Przewodniczącego Rady wybrano Adama Adamskiego - gratulacje! Na funkcje dwóch wiceprzewodniczących zgłoszono trzy kandydatury: Bogdana Fijałka (PiS), Marka Zawady (Forum) i Mieczysława Zająca (PiS). Zawada przepadł (sic!), uzyskując jedynie 6 głosów, a Fijałek i Zając dzięki poparciu 9 głosów objęli funkcje zastępców - gratulacje! Ale czy to dobrze?
Krótki cytat z oświadczenia radnych PiS z 2010 roku, kiedy to wylewali (jak się dziś okazuje - krokodyle) łzy nad zaistniałą sytuacją (Przewodniczącym Piekutowski, zastępcami Szymala i Stradczuk - wszyscy z jednego klubu): Protestujemy przeciw zawłaszczaniu władzy w mieście. (...) Mamy nadzieję, że wygłaszane w trakcie kampanii (...) deklaracje radnych koalicji o chęci współpracy nie były tylko czczym frazesem. Dziś sami zrobili tak, jak wówczas Piekutowski z ekipą i (ich zdaniem) jest dobrze. A czy prowadząc kampanię nie deklarowali chęci współpracy na rzecz miasta?
Panowie błagam - odróżnijcie się od swych poprzedników. Wyciągnijcie rękę - bo jak nie Wy, to kto?

sobota, 6 grudnia 2014

Pasowanie na rycerza

Parafrazując znane powiedzenie - wybory, wybory i po wyborach. Nastał zwykły czas i znów trzeba sobie patrzeć w oczy, mówić "dzień dobry!", wymieniać uściski dłoni, kurtuazyjne serdeczności, albo nawet (!) współpracować. Dla niektórych będzie to trudne. Nowa rada, nowy burmistrz, nowa rzeczywistość. Czy jest szansa na wykorzystanie tego co nowe, na korzyść całej społeczności, a nie tylko jej części? Oby!
Po odebraniu zaświadczenia o wyborze na radnego i ślubowaniu przychodzi czas metodycznej pracy i spełniania obietnic. Jeśli jeszcze nie wyrzucili Państwo wszystkich tych kolorowych i uśmiechniętych ulotek wyborczych proszę o rzecz małą i wielką zarazem. Proszę je zachować. Proszę wygrzebać puste pudełko po butach, albo papierową teczkę, schować tam rzeczone obietnice dzielnych radnych i burmistrza i na kilka tygodni/miesięcy zapomnieć. Taka kapsuła pamięci. Za jakiś czas, ale na długo przed kolejnymi wyborami wyciągamy kapsułę otwieramy i czytamy CV rycerzy, którzy dzielnie stawali do małej bitwy, znaczy - wyborów. Teraz trwa duża bitwa. Rycerze walczą! Pomóżmy im! Pomóżcie nam! Spotykajmy się, sugerujcie co i jak poprawić, piszcie petycje i zbierajmy pod nimi podpisy. Rycerze muszą czuć, że tuż za nimi jest drugi szereg, a potem następny. Muszą czuć doping.
A gdyby się okazało, że ulotki już u Państwa wyrzucone - przyjdę z pomocą. Tak się składa, że mam komplet materiałów promocyjnych wszystkich radnych i burmistrza. Swoją ulotkę z uśmiechem też mam - jak mi będzie smutno to sobie popatrzę, poczytam i zaraz humor wróci. Oby!

wtorek, 25 listopada 2014

Ostatni niezdecydowany wyborca

Zastanawiają się Państwo na kogo głosować w II turze wyborów na burmistrza? Wątpię, bo okopy w wojence radzyńsko-radzyńskiej po obu stronach głębokie, pojemne i gęsto zaludnione. Ale środowiska obu kandydatów, bombardując nas swym przekazem, plakatami i politycznymi zagrywkami, sądzą, że wielu niezdecydowanych wciąż mogłoby oddać swe życie (głos) za ich polityczne barwy. Na potrzeby tego tekstu uwierzę zatem, że jest w Radzyniu jedna nieprzekonana osoba i do niej właśnie kieruję ten tekst. Wyborcza kropka przed nowym rozdziałem.
Drogi nieprzekonany! Gdzie byłeś przez ostatnie lata? Najprawdopodobniej poza naszym pięknym miastem i dlatego właśnie wciąż nie wiesz na kogo głosować. Spróbuję Ci pomóc wierząc, że w tysiącu znaków można oddać kilkanaście lat doświadczeń.
W Radzyniu nastrój wyczekiwania. Stary niedźwiedź zapadł w zimowy sen, mruczał jeszcze ostatnio, ale na nikim nie zrobiło to już wrażenia. Wszyscy czekają zmian, które niosą wybory. A na karcie dwa nazwiska Rębek i Kotwica. Wiem, że najprostsze skojarzenia nie zawsze są dobre. To jak ocenianie książki po okładce. Ale tu akurat, Drogi Niezdecydowany, te najprostsze skojarzenia dobrze oddają obawy wobec obu pretendentów. Czy wybierając Kotwicę nasz stateczek z miśkiem na banderze nie wyruszy z portu? Czy z burmistrzem Rębkiem Radzyń ma przerąbane?
Zapytasz mnie o wady kandydatów? Ich wady to ludzie. Rębek ma słabość do wyborców innych niż zadeklarowani poplecznicy. Można wręcz zaryzykować stwierdzenia, że się ich boi. Jeśli rozmowa - to listowna, jeśli debata - to w radio. Kotwica ma znów słabość do najbliższego otoczenia, czyli swego sztabu. Nie wychodzi przed szereg, choć mógłby i choć powinien. Wybiera lojalność wobec środowiska, które go wykreowało.
Zapytasz mnie o ich zalety? To zmiany, które niosą. Kotwica proponuje zmiany metodą drobnych kroków. Rębek zmiany diametralne. Starzy Słowianie mawiali, że jeśli idziesz wolno, zajdziesz daleko... ale mawiali też, że żeby zrobić jeden krok trzeba planować podróż na kraniec świata...
Niezdecydowany, wiesz co? Ja też kiedyś byłem niezdecydowany. Dzisiaj natomiast sam już nie wiem!

wtorek, 18 listopada 2014

Wiedzą lepiej

Pewien uczeń radzyńskiego LO opowiedział mi historię sprzed kilku dni.
- Obudziłem się jak co dzień. Po porannej toalecie, śniadaniu i szybkim spakowaniu potrzebnych rzeczy, ruszyłem w drogę do szkoły. U progu LO zatrzymałem się zdziwiony. W miejsce starych, masywnych, drewnianych i pięknych drzwi, wstawiono plastikowe, przeszklone i nijakie. Ale jak to? Kto i gdzie zabrał drzwi, które były przecież takie... klimatyczne, kojarzące się z powagą, historią... takie radzyńskie. No to były odpowiednie drzwi dla tego miejsca. A teraz? Jak do szpitala, albo na klatkę schodową w bloku. To już nie to samo. Inni też woleli te stare, piękne drzwi, ale nikt nas nie zapytał.
W tle "stara karczma",
a na pierwszym planie dwa patyczki -
- jakby prosto ze świerkowej szkółki.
Rosły pięknie przez wiele długich lat...
A to moja historia z poprzedniego wtorku.
Rankiem, jak co dzień, wyszedłem po świeże pieczywo na śniadanie do pobliskiego PSS-u. Przechodząc przed "grzybkiem" coś zwróciło moją uwagę. Przy placu Potockiego, przed starostwem coś było nie tak. W pierwszej chwili nie wiedziałem o co chodzi, ale już w drugiej wiedziałem doskonale. Dostojny świerk, który od lat pięćdziesiątych zdobił plac, dawał cień i nadawał charakter temu miejscu zniknął. Na starej fotografii, na której w miejscu starostwa stoi dawna żydowska karczma, drzewko to było ledwie patyczkiem ze szkółki, wetkniętym w nowe miejsce. - Po co go wycięto? - zapytałem robotników. - Podobno ma tu być fontanna - odpowiedzieli i wrócili do pracy. Czy ktoś Państwa pytał czy zamiast cienia wiekowego drzewa wolą Państwo fontannę?
Na śniadanie wróciłem chwilę spóźniony. Kawa trochę już przestygła. Ale obok powalonego drzewa nie mogłem przejść obojętnie. Należało mu się pożegnanie. W sklepie za to spotkała mnie miła niespodzianka. Chleb żytni - nowość. Wyśmienity! O to czy chciałbym taki jeść na śniadanie też niby nikt nie pytał, ale coś mi mówi, że zrobiono go właśnie z myślą o mnie.
Szkoda, że nie wszystko może być właśnie tak... z myślą o kliencie, o mieszkańcu, o uczniu? Niektórzy myślą, że... wiedzą lepiej.

środa, 5 listopada 2014

Pies to srał

- Pierwszy raz widzę coś takiego! - zdziwiony pan przystanął obok właśnie wtedy, kiedy przez foliową torebkę podniosłem to, co tuż przy Bulwarze nad Białką chciał pozostawić mój mały, czarny bezrasowiec. 
- Takiego psa? - zapytałem przewrotnie odrobinę zaskoczony, zgrabnym ruchem zawiązując torebkę na supełek. 
- Nie! Pierwszy raz widzę, żeby ktoś w Radzyniu sprzątał po psie. 
- Naprawdę? - odparłem zdziwiony, bo wiem, że nie ja jeden zbieram odpady mojego czworonoga. 
- Naprawdę! To niesamowite! - pokiwał głową zdziwiony przechodzień i poszedł swoją drogą. 

***
Wracałem do domu i myślałem. Nikt z nas nie lubi w gówno wdepnąć. Nikt nie lubi też go omijać ani oglądać. Właściciele psów też tego nie lubią. Więc dlaczego tak niewielu z nich sprząta po swych pupilach? Wstydzą się? Tak! Bo żeby schylić się po psią kupę, podnieść ją przez torebkę lub rękawiczkę, albo zakopać małą ogrodniczą łopatką, trzeba się zdobyć na wewnętrzną odwagę. Ale proszę mi wierzyć - kiedy już tę odwagę znajdziemy - okaże się, że podniesienie kupy z chodnika to nie tyle błahostka co bohaterstwo! Kto nie wierzy niech jeszcze raz przeczyta początek tego tekstu.
Kiedy znajdziemy w sobie odwagę aby sprzątać po psie nagle stajemy się wolni. Nasz pupil nie przyprawia nas o wstyd, nie naraża na konflikty z sąsiadami czy choćby na złowrogie ich spojrzenia. Nasze samopoczucie ma się lepiej, czekamy aż inni pójdą naszym śladem i otoczenie będzie odrobinę lepsze, bo czystsze.
I nawet internetowe obelgi w przedwyborczym okresie, określenia typu "czyściciel psich kup" stają się dowodem nie na moje wady, ale na niedostatki w inteligencji i uwstecznienie tego kto próbuje wykorzystać ten fakt przeciwko. Nie da się! Jak będzie trzeba wyjdę na osiedlę i posprzątam inne psie kupy. Zrobię to  żeby dać przykład i namówić mieszkańców do życia w zgodzie. Pies to srał! Kto zabroni odważnemu?

sobota, 1 listopada 2014

Rozmowa z "X"

fot. www.rozmaitosci.com
Kawiarenka Kofi&Ti kończy swą pracę o 22. Pół godziny później zamykam furtkę stojąc na chodniku przy ulicy Warszawskiej. Miasto jest wyludnione. Pachnie ciastkami z Lidera. Jeśli ktoś przechodzi - jego kroki słychać z dużej odległości. Nieliczni przechodnie zmierzający w nieznanych kierunkach rozmawiają między sobą półgłosem. Przejeżdżający samochód lub motocykl robi duży hałas. A może po prostu po nastaniu zmroku wyostrzają się zmysły?
Co kilka dni, dość regularnie, zdarza mi się spotkać pana "X". Pan "X" po cichu, w bejsbolowej czapeczce, z plecakiem, kijkiem i poręczną latarką w dłoni przemierza Radzyń od jednego pomarańczowego śmietnika do drugiego. Zbiera zwrotne butelki, aluminiowe puszki... i pewnie wszystko co innym już niepotrzebne, a z czego on będzie miał jeszcze pożytek. Od zawsze, a spotykam go przed kawiarnią od lat, ciekawiło mnie bardzo dlaczego musi robić to co robi. Czy jego grzebanie w śmieciach to wybór, czy konieczność?
Tego wieczora zdobyłem się na odwagę, żeby zamienić z "X" dwa słowa. Odwagi dodał mi mój strachliwy pies, który równie co ja zdziwiony jego zachowaniem, kilkakrotnie w przerażeniu go oszczekiwał.
- Przepraszam za psa. Szczeka ze strachu. Proszę się nie bać - zagadnąłem.
- Szczeka, bo taka jego natura - odpowiedział spokojnym głosem "X". Postanowiłem nie czekać z pytaniem.
- Widzę pana przed kawiarnią co jakiś czas i zawsze się zastanawiam jak to jest z tym pana zbieractwem. Musi pan, bo nie ma za co żyć, czy po prostu chce pan "dorobić"?
- Zasiłek z MOPSU nie wystarcza, a ze zbierania można trochę mieć - odpowiedział "X". - W Radzyniu przydałoby się więcej pracy, wtedy nie trzeba by było zbierać - dodał jeszcze odchodząc do następnego śmietnika.
Zastanawiałem się tego wieczoru czy mówiąc o pracy "X" miał na myśli kolejny market gdzie mógłby siedzieć na kasie? Czy może chciał powiedzieć, że w Radzyniu brakuje pomysłu na gospodarczy rozwój. Takiego, który wygeneruje zysk dla mieszkańców i sprawi, że pracy przy jego rozwoju będzie w bród? Zapytam go, kiedy znów spotkamy się przy Warszawskiej.