piątek, 23 stycznia 2015

Biedroneczko leć do nieba

Różne biedronki azjatyckie
i jedna portugalska
W środku zimy, nie wiadomo skąd, pojawił się w moim mieszkaniu rój biedronek. Niespodziewanie znajduję jakąś na pościeli, na biurku w pracowni lub na kuchennym stole. Skąd one wyłażą? Takie niby fajne i pożyteczne zwierzątko, mszyce zjada... Ale dlaczego, jak Pan Bóg przykazał, nie śpi w zimie? Mszyce śpią. Pomyślałem, że pokażę dziecku, czegoś je nauczę, opowiem o kropkach. Nic z tego! Córeczka przez chwilę wpatrywała się w swą malutką rączkę, ale na moje słowa - biedroneczko leć do nieba - zacisnęła dłoń w piąstkę. Pokój wypełnił drażniący, ostry smrodek martwej bożej krówki. Podreptaliśmy do łazienki umyć rączkę.
***
Pierwszy dyżur radnego upłynął mi na czytaniu książki. Nie przyszedł nikt. Sytuację uratowała przemiła rozmowa Panią sprzątającą trzecie piętro gmachu przy Warszawskiej 32.
- Córka pracę na kasie w Biedronce dostała tylko dlatego, że po studiach zrobiła kurs języka migowego. Podyplomowych już nie robiła. Nie wierzy w ich sens. I tak nie znajdzie pracy. Godzi się na 800 złotych i umowę na 2/3 etatu.
Nie wiedziałem co powiedzieć. Kiwałem głową. Nie wiem czy córka pani z którą rozmawiałem robi w tej samej Biedronce zakupy i się cieszy, że tanio. Tanio, bo kasjerkom po studiach płacą po 800 złotych. Podobno w całym kraju mamy ich już 2500, a na koniec roku będzie 3000. Ile małych sklepów upadnie? Ilu magistrów zamknie biznes i pójdzie na kasę za 800 złotych?
***
Biedronki z mieszkania okazały się chińskie. Mutanty. Nie zimują i (według Google) ugryźć potrafią. Takie czasy, że nawet biedronkom ufać nie warto.

piątek, 16 stycznia 2015

Szlaban na WOŚP

Nie zbierałem w tym roku pieniędzy na WOŚP, choć byłem wolontariuszem, dostałem puszkę i identyfikator. I to wcale nie przez zdziesiątkowane ataki przeciwników działań Jurka Owsiaka, nie przez paranoiczne teorie, które wyziewają z 'niepokornych' mediów, nie przez podejrzenia. Wszystkiemu winna pora roku w której orkiestra gra. Przeziębiony brałem antybiotyki, a w sobotni wieczór dałem sobie postawić na plecach bańki i szlaban na wyjścia gotowy.
Miałem za to szansę uważniej śledzić nagonkę na akcję Owsiaka w internecie. Miałem czas przeczytać teksty, obejrzeć filmy, wysłuchać pseudo-ekspertów. Czego tam nie brak? Że dzieci zbierające na orkiestrę marzną, że całe to zaangażowanie mediów, wszystkich służb i ludzi za dużo kosztuje, że nie wszystkie pieniądze jakie ma WOŚP idą na sprzęt medyczny (część na szkolenia, wynagrodzenia i koszty), że Przystanek Woodstock. Niektórzy idą dalej! Zarzucają Owsiakowi oszustwa i kradzieże. Manipulują liczbami ze sprawozdań fundacji. Rzygać się chce. Oni plują jadem, a mi się chce na nich rzygać.
Myślę sobie: po co im to wszystko? Po co ta zawiść, po co cały ten demagogiczny wysiłek, po co manipulacje? Ale to proste jak cała socjal-konserwatywna prawica. Idziemy do władzy! A skoro Owsiak nie jest z nami to jest naszym wrogiem i znajdziemy dowody na to, że jest wcielonym złem. Boże! Widzisz to i nie grzmisz? A może się śmiejesz?

czwartek, 15 stycznia 2015

Najsamprzód kultura


"Najsamprzód jest kultura. Potem długo, długo, długo nic i... sztuka.
Na końcu!".

Tak w doskonałym skeczu Janusz Gajos rozprawił się z typowo polskim sposobem postrzegania kultury - odklejonej od wszystkiego i wszystkich. Tak też mamy w Radzyniu. Kultura jednak nie lubi być długo odklejona. Czepia się więc: szkół, kościołów, kawiarni, sklepów - co to je w galeriach umieszczają, zabytków, miejskiej przestrzeni. Czasem czepia się nawet zupełnie zwykłych ludzi. Najgorzej jak przylepi się do polityki. Efektem tego: co w Radzyniu nowy burmistrz, to nowy dyrektor domu kultury.
Tym razem jednak nie jest łatwo. Na stanowisko głównego menadżera radzyńskiej kultury nie ma wielu chętnych. Tu i ówdzie szepcze się tylko o tym, kto zastąpi Wojtasia. Burmistrz milczy, nikogo nie namaszcza, nic nie sugeruje, nie ogłasza też konkursu - choć mógłby. W takim konkursie istnieje bowiem ryzyko, że ktoś złoży ofertę. Może to nawet być osoba, która wie coś o kulturze, a nie startowała z niepowodzeniem w ostatnich wyborach z listy PiS. I co wtedy?
Kuluarowa lista kandydatów na dyrektora ROKu ogranicza się niestety (poza kolegą Adamem, o którym jeszcze później) do osób przegranych, które wiedzę o kulturze mają wąską, a doświadczenie skromne.
Moja teoria jest taka: aby coś się w ROKu zmieniło - a że zmian tam trzeba nikt nie zaprzeczy - dyrektorem musi zostać jakiś wariat/idealista (znam jednego i nie jest zainteresowany) albo samobójca. Po fali zwolnień w ośrodku, Radzyń ześle bowiem nowego dyrektora w społeczny niebyt, a burmistrz też się wtedy nań wypnie. Wszyscy o tym wiedzą, dlatego chętnych brak.
Druga część teorii mówi, że skoro plany ambitne (Rębek obiecał stworzenie dużego centrum kultury w przejętym na rzecz miasta pałacu Potockich), to dyrektorem powinien zostać jednak profesjonalista. Ale jedynym, który swoje już wygrał, a w Kocku ma jak u Pana Boga za piecem, jest Adam Świć. Czy zgodzi się on na tę samobójczą misję? Tego nie wie nawet Molas, na którego zaszczyt pełnienia obowiązków spadł jak grom z jasnego nieba i będzie leżał mu na plecach co najmniej do końca stycznia.

wtorek, 13 stycznia 2015

Życzliwości


Jeśli chciałbym podsumować miniony rok jednym słowem, i w tym samym słowie zawrzeć życzenia na rok następny, powiedziałbym: "życzliwości". 
Przykładem niech będzie pani Ewa z warzywniaka przy Warszawskiej. Ilekroć przychodzę do niej po świeże pomidory i soczyste jabłka sklep, choć mały, pełny jest życzliwości. Przypadkowo spotkani w tym miejscu ludzie, witają się i serdecznie rozmawiają - o sezamowych ciasteczkach, przepisach na ćwikłę z gotowanych buraczków, miodzie z małej pasieki i codziennych problemach. W życzliwym otoczeniu ich rozwiązanie jest łatwiejsze. 
W spożywczaku na rogu Warszawskiej i Chomiczewskiego zamówione dwa bochenki żytniego chleba czekają i pachną. Bez kropli życzliwości pani Eli pewnie bym się spóźnił i już by ich dla mnie zabrakło. Nie musiała przecież ich odkładać - kto pierwszy ten lepszy - a jednak... 
Życzę Państwu, żeby w 2015 roku życzliwości spotykały Was na każdym kroku. Małe i duże, w słowach i czynach, zawsze prawdziwe a nigdy wymuszone. 
Po wielu moich wspólnotowych felietonach prowadzę sympatyczne rozmowy z przyjacielem z Czemiernik. Dzwoni poruszony co niektórymi tekstami, czasem o coś dopytuje, innym razem się śmieje lub wspólnie szukamy wyjaśnień. Takich ludzi - życzliwych i nieobojętnych - spotykajcie przez cały rok! Życzliwości!

środa, 7 stycznia 2015

Poszerzaj horyzonty - poznaj stronę ngo.pl [zaproszenie]

W najbliższą sobotę, 10 stycznia od godz. 10.00 do 14.00 w kawiarni Kofi&Ti odbędzie się bezpłatne seminarium na którym przedstawiony zostanie szczegółowo portalu ngo.pl, jego możliwości komunikacyjne i promocyjne. Jest to strona dla wszystkich, którzy działają w stowarzyszeniach, chcą pozyskiwać pieniądze na działalność społeczną, pragną znać aktualne przepisy lub po prostu poszerzać swe horyzonty i kontakty w świecie społeczników i aktywistów. Na spotkanie planowany jest także blok warsztatowy poświęcony komunikacji i promocji działań społecznych.
Seminarium organizowane jest przez portal organizacji pozarządowych ngo.pl, we współpracy z Polsko-Amerykańską Fundacją Wolności i Akademią Rozwoju Filantropii w Polsce. Zainteresowani proszeni są o wypełnienie ankiety i przesłanie jej pod adres jakub.jakubowski(małpa)post.pl

sobota, 3 stycznia 2015

Wyzwanie nie dla dzieci - warsztaty debatanckie i debata oxfordzka

Dziś o Tygodniu kultury w I radzyńskim LO. Temat ten w środowisku radzyńskiej młodzieży jest chyba dość popularny. Im bliżej tym ciekawiej. Program o tyle różnorodny, co mocno telewizyjny. Dominują różnej maści telent­show­y, familiady, jakie to melodie i wybory miss... Przez chwilę ma się wrażenie, że to odwiedziny u babci, u której telewizor nastawiony jest na podobne fale, albo że to dni kultury w przedszkolu. Honoru licealnej kultury bronią przeglądy kapel, oglądanie filmów, kręcenie teledysków i inne warsztaty. Słowem coś wciągającego i angażującego. Tego spodziewam się po LO - więcej ambicji, a mniej myślowej papki.
Stąd, kiedy mój młody przyjaciel z LO, Paweł Pulik, zapytał mnie, czy nie zechciałbym włączyć się w organizację Tygodnia Kultury, chętnie się zgodziłem stawiając przed nim i pozostałymi uczniami poważne wyzwanie. Zorganizujemy warsztaty debatanckie, a w samym "tygodniu" debatę oxfordzką.
Debata oxfordzka w Oxfordzie. Widok z lotu ptaka i zza pleców marszałka. Po prawej stronie trzech mówców propozycji, po lewej trójka mówców opozycji. Za ich plecami grupy wspierające ich stanowisko. Na sali i ponad salą (na balkonach) publiczność, która dopiero zamierza wyrobić sobie opinię w danym temacie. Zaczynamy!
Co Wy na to? Macie ochotę na wydarzenie, gdzie emocji będzie więcej niż podczas familiady? Chcielibyście zyskać więcej odwagi, aby potrafić bronić swego zdania, kiedy sytuacja tego wymaga, albo zadać pytanie na forum publicznym nie bojąc się, że "inni uznają je za śmieszne"? A może chcecie popracować nad strategią pracy w grupie i wygrać bitwę na zupełnie inne głosy niż śpiewane?
Wiem. Dla wielu (może większości?) trudne to i nudne. Ale do stu diabłów ­ jesteście w liceum przypadkiem? Większość z Was chce po maturze iść na studia, a potem ustawić się jakoś w życiu. Jeśli myślicie, że Wam się uda, bo jesteście świetni w rozpoznawaniu piosenek z Robertem Janowskim, to możecie dalej nie czytać tego tekstu i zająć się treningiem w słuchaniu klasyki
polskiej i światowej piosenki.
Dla wszystkich, którzy czytają dalej mam niespodziankę. Warsztaty debatanckie będą bezpłatne i nie zajmą Wam w przepełnionym nauką (piszę tak, ale sam w to nie wierzę) życiu dużo czasu. Spotkań będzie może z pięć. Jakieś dwie prace domowe. Jedna debata treningowa. Potem splendor, chwała i pewność siebie. Ja robię to wolontariacko i w ramach społecznego eksperymentu, ale jako nowy miejski radny chcę coś od siebie dać. Szczególnie tej części lokalnej społeczności, w której pokładam szczególne nadzieje dla naszego miasteczka.
Zatem od początku. Debata oxfordzka to forma dyskusji, w której obowiązują żelazne i nieprzekraczalne reguły. Powoduje to, że wymiana opinii jest bardzo kulturalna i daje szanse na zaprezentowanie w zrównoważony sposób wielu zdań, różnych aspektów i argumentów. Dyskusja ta występuje w różnych drobnych odmianach formalnych, ale podstawowe jej reguły to:
  • teza (twierdzenie) wokół której toczy się debata, np. "Prawdziwa kultura w Radzyniu umarła", 
  • dwie strony uczestników debaty (mówcy propozycji i opozycji), których zadaniem jest obrona i obalenie postawionej tezy, wzajemne wysuwanie argumentów i kontrargumentacja, 
  • równa liczba mówców po obu stronach, precyzyjnie określona kolejność wypowiedzi i ich czas,
  • możliwość zadawania pytań z publiczności podczas wystąpień mówców, które jednakże mówca może odrzucić,
  • możliwość udziału publiczności w postaci krótkich, ograniczonych czasowo wypowiedzi, naprzemiennie po każdej ze stron dyskusji, po zakończeniu wystąpień móców,
  • rozstrzygnięcie tego, która strona przedstawiła silniejsze argumenty i wypadła w debacie bardziej przekonująco należy do publiczności i dokonuje się w głosowaniu
  • debatę prowadzi marszałek oraz sekretarz, a podczas spotkania obowiązuje oficjalny ubiór i zachowanie.
Co daje taka debata? Rozwija kulturę dyskutowania, a tego potrzeba nam w Polsce jak świeżego powietrza. Konieczność dostosowania się do reguł, mieszczenie się w czasie przeznaczonym na wystąpienie zmusza do dobrego przygotowania i przemyślenia tego co ma się do powiedzenia. Jeśli występujący mówcy sprostają zadaniu, debata może mieć widowiskowy przebieg i przynieść naprawdę nie mniej emocji niż niejeden telewizyjny show. Z tą różnicą, że publiczność za udział w tym przedstawieniu nie musi płacić SMS­ami. No to jak ­ są chętni do zabawy w kulturę rodem z Oxfordu? Jeśli tak, czekam na wasze zgłoszenia do 10 stycznia 2015 roku tu: goo.gl/ieC2Bt

czwartek, 18 grudnia 2014

Jezus też nosił brodę

Zdaniem Super Expresu
Jezus jednak nie nosił brody.
Info: 10.2014, www.se.pl
Janusz mnie zaskoczył. Nie widziałem go jakiś czas, nagle spotykam go wieczorem i prawie nie poznaję. Chwilę później okazało się, że nie byłem pierwszy. Znam go jako osobę mocno zapracowaną, regularnie zarywającą noce i permanentnie w biegu. Ale w pierwszej chwili, kiedy zobaczyłem go z kilkutygodniowym zarostem, pomyślałem, że pewnie ma jakieś rodzinne kłopoty. Taka skojarzeniowa kalka - nauczyciel, nieogolony na gładko, nie artysta: pewnie ma kłopoty. Moje podejrzenia okazały się jednak chybione, a broda - podobnie jak moja - efektem codziennej pogodni za czasem.
- Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek i cokolwiek tak nieznaczącego powodowało tak duże zainteresowanie tak wielu osób - powiedział Janusz, a po chwili dodał - Można nic nie robić, a osiągnąć sukces. Każdy poświęca ci czas, pyta o co chodzi, czy brodę zapuściłem w jakimś celu. Chyba muszę znaleźć ten szczytny cel? Może profilaktyka raka, albo akceptacja łysych?
- To teraz modne w naszym kraju - starałem się go pokrzepić. - Moja żona mówi nawet, że jestem radzyńskim trendsetterem, czyli takim co u nas w mieście tę modę zapoczątkował. Wyobrażasz sobie? Też nic nie robiłem i zapoczątkowałem modę... Nie! To jednak się nie trzyma kupy. Znam przecież mnóstwo ludzi, którzy też nic nie robili zanim mi rosnąć zaczął jakikolwiek zarost. To stara polska moda. Niezbyt się narobić, a zarobić...
- A co myślisz o powierzeniu Radzynia i jego mieszkańców Jezusowi?
- Świetnie! On też nosił brodę!

wtorek, 9 grudnia 2014

Ośmiu sympatycznych Murzynków z PiS

Jeśli ktoś Kalemu zabrać krowy (...) to jest zły uczynek (...). Dobry, to jak Kali zabrać komu krowy.
Kto z nas nie pamięta Kalego - przesympatycznego Murzynka z powieści Sienkiewicza? Każdy mały Polak czytając te słowa uczył się na czym polega moralny relatywizm i hipokryzja. Niektórzy jednak biorą to na poważnie. Potępiają u innych to, co u samych siebie uważają za dobre. 
W poprzedni poniedziałek okazało się, że mamy w radzyńskiej Radzie Miasta ośmiu sympatycznych Murzynków z PiS. Bo jeśli ktoś radnych PiS nie uwzględnić w wyborze prezydium to jest zły uczynek. Dobry, to jak radni PiS nie uwzględniają innych. Na stanowisko Przewodniczącego Rady wybrano Adama Adamskiego - gratulacje! Na funkcje dwóch wiceprzewodniczących zgłoszono trzy kandydatury: Bogdana Fijałka (PiS), Marka Zawady (Forum) i Mieczysława Zająca (PiS). Zawada przepadł (sic!), uzyskując jedynie 6 głosów, a Fijałek i Zając dzięki poparciu 9 głosów objęli funkcje zastępców - gratulacje! Ale czy to dobrze?
Krótki cytat z oświadczenia radnych PiS z 2010 roku, kiedy to wylewali (jak się dziś okazuje - krokodyle) łzy nad zaistniałą sytuacją (Przewodniczącym Piekutowski, zastępcami Szymala i Stradczuk - wszyscy z jednego klubu): Protestujemy przeciw zawłaszczaniu władzy w mieście. (...) Mamy nadzieję, że wygłaszane w trakcie kampanii (...) deklaracje radnych koalicji o chęci współpracy nie były tylko czczym frazesem. Dziś sami zrobili tak, jak wówczas Piekutowski z ekipą i (ich zdaniem) jest dobrze. A czy prowadząc kampanię nie deklarowali chęci współpracy na rzecz miasta?
Panowie błagam - odróżnijcie się od swych poprzedników. Wyciągnijcie rękę - bo jak nie Wy, to kto?

sobota, 6 grudnia 2014

Pasowanie na rycerza

Parafrazując znane powiedzenie - wybory, wybory i po wyborach. Nastał zwykły czas i znów trzeba sobie patrzeć w oczy, mówić "dzień dobry!", wymieniać uściski dłoni, kurtuazyjne serdeczności, albo nawet (!) współpracować. Dla niektórych będzie to trudne. Nowa rada, nowy burmistrz, nowa rzeczywistość. Czy jest szansa na wykorzystanie tego co nowe, na korzyść całej społeczności, a nie tylko jej części? Oby!
Po odebraniu zaświadczenia o wyborze na radnego i ślubowaniu przychodzi czas metodycznej pracy i spełniania obietnic. Jeśli jeszcze nie wyrzucili Państwo wszystkich tych kolorowych i uśmiechniętych ulotek wyborczych proszę o rzecz małą i wielką zarazem. Proszę je zachować. Proszę wygrzebać puste pudełko po butach, albo papierową teczkę, schować tam rzeczone obietnice dzielnych radnych i burmistrza i na kilka tygodni/miesięcy zapomnieć. Taka kapsuła pamięci. Za jakiś czas, ale na długo przed kolejnymi wyborami wyciągamy kapsułę otwieramy i czytamy CV rycerzy, którzy dzielnie stawali do małej bitwy, znaczy - wyborów. Teraz trwa duża bitwa. Rycerze walczą! Pomóżmy im! Pomóżcie nam! Spotykajmy się, sugerujcie co i jak poprawić, piszcie petycje i zbierajmy pod nimi podpisy. Rycerze muszą czuć, że tuż za nimi jest drugi szereg, a potem następny. Muszą czuć doping.
A gdyby się okazało, że ulotki już u Państwa wyrzucone - przyjdę z pomocą. Tak się składa, że mam komplet materiałów promocyjnych wszystkich radnych i burmistrza. Swoją ulotkę z uśmiechem też mam - jak mi będzie smutno to sobie popatrzę, poczytam i zaraz humor wróci. Oby!

wtorek, 25 listopada 2014

Ostatni niezdecydowany wyborca

Zastanawiają się Państwo na kogo głosować w II turze wyborów na burmistrza? Wątpię, bo okopy w wojence radzyńsko-radzyńskiej po obu stronach głębokie, pojemne i gęsto zaludnione. Ale środowiska obu kandydatów, bombardując nas swym przekazem, plakatami i politycznymi zagrywkami, sądzą, że wielu niezdecydowanych wciąż mogłoby oddać swe życie (głos) za ich polityczne barwy. Na potrzeby tego tekstu uwierzę zatem, że jest w Radzyniu jedna nieprzekonana osoba i do niej właśnie kieruję ten tekst. Wyborcza kropka przed nowym rozdziałem.
Drogi nieprzekonany! Gdzie byłeś przez ostatnie lata? Najprawdopodobniej poza naszym pięknym miastem i dlatego właśnie wciąż nie wiesz na kogo głosować. Spróbuję Ci pomóc wierząc, że w tysiącu znaków można oddać kilkanaście lat doświadczeń.
W Radzyniu nastrój wyczekiwania. Stary niedźwiedź zapadł w zimowy sen, mruczał jeszcze ostatnio, ale na nikim nie zrobiło to już wrażenia. Wszyscy czekają zmian, które niosą wybory. A na karcie dwa nazwiska Rębek i Kotwica. Wiem, że najprostsze skojarzenia nie zawsze są dobre. To jak ocenianie książki po okładce. Ale tu akurat, Drogi Niezdecydowany, te najprostsze skojarzenia dobrze oddają obawy wobec obu pretendentów. Czy wybierając Kotwicę nasz stateczek z miśkiem na banderze nie wyruszy z portu? Czy z burmistrzem Rębkiem Radzyń ma przerąbane?
Zapytasz mnie o wady kandydatów? Ich wady to ludzie. Rębek ma słabość do wyborców innych niż zadeklarowani poplecznicy. Można wręcz zaryzykować stwierdzenia, że się ich boi. Jeśli rozmowa - to listowna, jeśli debata - to w radio. Kotwica ma znów słabość do najbliższego otoczenia, czyli swego sztabu. Nie wychodzi przed szereg, choć mógłby i choć powinien. Wybiera lojalność wobec środowiska, które go wykreowało.
Zapytasz mnie o ich zalety? To zmiany, które niosą. Kotwica proponuje zmiany metodą drobnych kroków. Rębek zmiany diametralne. Starzy Słowianie mawiali, że jeśli idziesz wolno, zajdziesz daleko... ale mawiali też, że żeby zrobić jeden krok trzeba planować podróż na kraniec świata...
Niezdecydowany, wiesz co? Ja też kiedyś byłem niezdecydowany. Dzisiaj natomiast sam już nie wiem!

wtorek, 18 listopada 2014

Wiedzą lepiej

Pewien uczeń radzyńskiego LO opowiedział mi historię sprzed kilku dni.
- Obudziłem się jak co dzień. Po porannej toalecie, śniadaniu i szybkim spakowaniu potrzebnych rzeczy, ruszyłem w drogę do szkoły. U progu LO zatrzymałem się zdziwiony. W miejsce starych, masywnych, drewnianych i pięknych drzwi, wstawiono plastikowe, przeszklone i nijakie. Ale jak to? Kto i gdzie zabrał drzwi, które były przecież takie... klimatyczne, kojarzące się z powagą, historią... takie radzyńskie. No to były odpowiednie drzwi dla tego miejsca. A teraz? Jak do szpitala, albo na klatkę schodową w bloku. To już nie to samo. Inni też woleli te stare, piękne drzwi, ale nikt nas nie zapytał.
W tle "stara karczma",
a na pierwszym planie dwa patyczki -
- jakby prosto ze świerkowej szkółki.
Rosły pięknie przez wiele długich lat...
A to moja historia z poprzedniego wtorku.
Rankiem, jak co dzień, wyszedłem po świeże pieczywo na śniadanie do pobliskiego PSS-u. Przechodząc przed "grzybkiem" coś zwróciło moją uwagę. Przy placu Potockiego, przed starostwem coś było nie tak. W pierwszej chwili nie wiedziałem o co chodzi, ale już w drugiej wiedziałem doskonale. Dostojny świerk, który od lat pięćdziesiątych zdobił plac, dawał cień i nadawał charakter temu miejscu zniknął. Na starej fotografii, na której w miejscu starostwa stoi dawna żydowska karczma, drzewko to było ledwie patyczkiem ze szkółki, wetkniętym w nowe miejsce. - Po co go wycięto? - zapytałem robotników. - Podobno ma tu być fontanna - odpowiedzieli i wrócili do pracy. Czy ktoś Państwa pytał czy zamiast cienia wiekowego drzewa wolą Państwo fontannę?
Na śniadanie wróciłem chwilę spóźniony. Kawa trochę już przestygła. Ale obok powalonego drzewa nie mogłem przejść obojętnie. Należało mu się pożegnanie. W sklepie za to spotkała mnie miła niespodzianka. Chleb żytni - nowość. Wyśmienity! O to czy chciałbym taki jeść na śniadanie też niby nikt nie pytał, ale coś mi mówi, że zrobiono go właśnie z myślą o mnie.
Szkoda, że nie wszystko może być właśnie tak... z myślą o kliencie, o mieszkańcu, o uczniu? Niektórzy myślą, że... wiedzą lepiej.

środa, 5 listopada 2014

Pies to srał

- Pierwszy raz widzę coś takiego! - zdziwiony pan przystanął obok właśnie wtedy, kiedy przez foliową torebkę podniosłem to, co tuż przy Bulwarze nad Białką chciał pozostawić mój mały, czarny bezrasowiec. 
- Takiego psa? - zapytałem przewrotnie odrobinę zaskoczony, zgrabnym ruchem zawiązując torebkę na supełek. 
- Nie! Pierwszy raz widzę, żeby ktoś w Radzyniu sprzątał po psie. 
- Naprawdę? - odparłem zdziwiony, bo wiem, że nie ja jeden zbieram odpady mojego czworonoga. 
- Naprawdę! To niesamowite! - pokiwał głową zdziwiony przechodzień i poszedł swoją drogą. 

***
Wracałem do domu i myślałem. Nikt z nas nie lubi w gówno wdepnąć. Nikt nie lubi też go omijać ani oglądać. Właściciele psów też tego nie lubią. Więc dlaczego tak niewielu z nich sprząta po swych pupilach? Wstydzą się? Tak! Bo żeby schylić się po psią kupę, podnieść ją przez torebkę lub rękawiczkę, albo zakopać małą ogrodniczą łopatką, trzeba się zdobyć na wewnętrzną odwagę. Ale proszę mi wierzyć - kiedy już tę odwagę znajdziemy - okaże się, że podniesienie kupy z chodnika to nie tyle błahostka co bohaterstwo! Kto nie wierzy niech jeszcze raz przeczyta początek tego tekstu.
Kiedy znajdziemy w sobie odwagę aby sprzątać po psie nagle stajemy się wolni. Nasz pupil nie przyprawia nas o wstyd, nie naraża na konflikty z sąsiadami czy choćby na złowrogie ich spojrzenia. Nasze samopoczucie ma się lepiej, czekamy aż inni pójdą naszym śladem i otoczenie będzie odrobinę lepsze, bo czystsze.
I nawet internetowe obelgi w przedwyborczym okresie, określenia typu "czyściciel psich kup" stają się dowodem nie na moje wady, ale na niedostatki w inteligencji i uwstecznienie tego kto próbuje wykorzystać ten fakt przeciwko. Nie da się! Jak będzie trzeba wyjdę na osiedlę i posprzątam inne psie kupy. Zrobię to  żeby dać przykład i namówić mieszkańców do życia w zgodzie. Pies to srał! Kto zabroni odważnemu?

sobota, 1 listopada 2014

Rozmowa z "X"

fot. www.rozmaitosci.com
Kawiarenka Kofi&Ti kończy swą pracę o 22. Pół godziny później zamykam furtkę stojąc na chodniku przy ulicy Warszawskiej. Miasto jest wyludnione. Pachnie ciastkami z Lidera. Jeśli ktoś przechodzi - jego kroki słychać z dużej odległości. Nieliczni przechodnie zmierzający w nieznanych kierunkach rozmawiają między sobą półgłosem. Przejeżdżający samochód lub motocykl robi duży hałas. A może po prostu po nastaniu zmroku wyostrzają się zmysły?
Co kilka dni, dość regularnie, zdarza mi się spotkać pana "X". Pan "X" po cichu, w bejsbolowej czapeczce, z plecakiem, kijkiem i poręczną latarką w dłoni przemierza Radzyń od jednego pomarańczowego śmietnika do drugiego. Zbiera zwrotne butelki, aluminiowe puszki... i pewnie wszystko co innym już niepotrzebne, a z czego on będzie miał jeszcze pożytek. Od zawsze, a spotykam go przed kawiarnią od lat, ciekawiło mnie bardzo dlaczego musi robić to co robi. Czy jego grzebanie w śmieciach to wybór, czy konieczność?
Tego wieczora zdobyłem się na odwagę, żeby zamienić z "X" dwa słowa. Odwagi dodał mi mój strachliwy pies, który równie co ja zdziwiony jego zachowaniem, kilkakrotnie w przerażeniu go oszczekiwał.
- Przepraszam za psa. Szczeka ze strachu. Proszę się nie bać - zagadnąłem.
- Szczeka, bo taka jego natura - odpowiedział spokojnym głosem "X". Postanowiłem nie czekać z pytaniem.
- Widzę pana przed kawiarnią co jakiś czas i zawsze się zastanawiam jak to jest z tym pana zbieractwem. Musi pan, bo nie ma za co żyć, czy po prostu chce pan "dorobić"?
- Zasiłek z MOPSU nie wystarcza, a ze zbierania można trochę mieć - odpowiedział "X". - W Radzyniu przydałoby się więcej pracy, wtedy nie trzeba by było zbierać - dodał jeszcze odchodząc do następnego śmietnika.
Zastanawiałem się tego wieczoru czy mówiąc o pracy "X" miał na myśli kolejny market gdzie mógłby siedzieć na kasie? Czy może chciał powiedzieć, że w Radzyniu brakuje pomysłu na gospodarczy rozwój. Takiego, który wygeneruje zysk dla mieszkańców i sprawi, że pracy przy jego rozwoju będzie w bród? Zapytam go, kiedy znów spotkamy się przy Warszawskiej.

piątek, 24 października 2014

Nie jestem krową

Mu!
Zmieniłem zdanie, a podobno tylko krowa go nie zmienia. W związku z tym wiem już, że krasulą nie jestem. Nie jestem też wielbłądem i nie będę się z tego tłumaczył. Po namowach i przemyśleniach postanowiłem kandydować w nadchodzących wyborach samorządowych do radzyńskiej Rady Miasta. Jednak! Ciekawi dlaczego?
To proste! Wybory samorządowe to NAJWAŻNIEJSZE ze wszystkich politycznych wyborów jakich dokonujemy! To one decydują o tym w jakim żyjemy otoczeniu, jakie mamy w codziennym życiu udogodnienia, czy nasze dzieci mogą się dobrze rozwijać, czy nasza miejscowość pięknieje i chętnie odwiedzają ją turyści. Naprawdę! O Radzyniu nie decyduje poseł (choć prywatnie mógłby się zaangażować, a tego nie robił), ani prezydent.
16 listopada zdecydujemy o tym w jakie ręce powierzymy stery naszego stateczku pod banderą z niedźwiadkiem. I nie muszą to już być te same ręce. Ani te, które dziś ster trzymają, ani te, które od lat jedynie się do niego pchają. Do gmin głosujemy w okręgach JEDNOMANDATOWYCH. To rewolucja! Głosów nie zgarnie żaden cwaniak z jedynką na liście, bo nie ma list. Otrzyma je dokładnie ta osoba na którą Państwo zagłosują. Warto więc zaufać osobom, które niezależnie od polityki działają od lat, zdobywają pieniądze, doświadczenie i mają energię. A takich osób jest w Radzyniu trochę. Nie wszystkie jeszcze odważyły się pójść w politykę, bo słowo to jest dziś tak obrzydliwe jak niewiele innych. Ale ziarnko do ziarnka a przebierze się miarka.

wtorek, 14 października 2014

Jadę do Prezydenta

W naszym małym miasteczku zazwyczaj panuje spokój. Aktualnie - jak na czas kampanii - jest wręcz zbyt spokojnie. Jeśli coś tu się nie zmieni: nie usłyszymy dyskusji o przyszłości, sporów kandydatów na radnych, nie pojawią się nowe propozycje, pomysły i wizje - wszyscy będziemy mogli czuć niepokój. Choć myślę też, że jeśli kandydaci mają opowiadać bajki (w stylu "światowego centrum logistycznego branży farmaceutycznej") to niech lepiej milczą. Jeden z kandydatów na burmistrza ogłosił swój program. Część kandydatów na radnych z jego listy identyfikuje się z tym programem - napisali tak w swych biogramach. Pozostali nic nie napisali, więc chyba identyfikują się po cichu. A może nie przeczytali programu? Długi jest i pełny trudnych sformułowań.
To nie żart! Fanpejdż usunięto
po publikacji felietonu
we "Wspólnocie". Dziś Jerzy ma
już tylko znajomych. Fanów nie ma!
Drugi kandydat na burmistrza mógłby odświeżyć swój internetowy profil, ujawnić program - choćby miał pleść bzdury i opowiadać bajki. Niech stracę, niech stracimy wszyscy. Przecież wybory już za miesiąc a u niego na głównym zdjęciu pałac Potockich zasypany śniegiem, a ostatni wpis z 12 lipca. Jeśli tak się traktuje wyborców w kampanii, to strach pomyśleć co będzie później. Można wysnuć wniosek, że wyborcy, zwykli ludzie, zaangażowani na innych polach niż kampanie i polityka warci są tyle co papier na którym wydrukowana będzie karta do głosowania. Nikt nie pyta w Radzyniu o podpowiedzi, sugestie i opinie. Szkoda!
A mnie kopnął zaszczyt! Kilka dni temu otrzymałem piękne pismo. Kancelaria Prezydenta RP zaprasza mnie na spotkanie w ramach Forum Debaty Publicznej "Aktywność obywatelska i nie tylko". Pojadę więc do Warszawy i się poskarżę jaki tu w Radzyniu bul, bul... Tam przynajmniej chcą rozmawiać.

Klaster kulinarny

 Poświęciłem się. Odmówiłem żonie kolacji, a w zamian zaproponowałem fast-fooda. W centrum Radzynia powstał (a może wciąż powstaje i się rozrasta?) klaster kulinarny. I nie myślę tu o domowych obiadkach na telefon, ale o miejscach, gdzie można wejść, siąść i doświadczyć. Do centrum jedzie się teraz w ciemno. Miejsce w którejś z knajp zawsze się znajdzie.
Pierwszy z lokali, najstarszy, nowojorski i z przerażeniem obserwujący sytuację wokół znam dobrze. Kiedyś bywałem tam często. Ale bywam tam rzadko od kiedy dowiedziałem się, że chcąc zobaczyć czystość knajpianej kuchni wystarczy wejść do toalety (a trafiało mi się tak, że podłoga w ubikacji zwykle spływała moczem).
O mojej kawiarni pod psem powiem niewiele, bo jestem nieobiektywny. Ale w końcu należy do klastra. Zatem w łazience sprzątamy, jedzenia nie ma, ale za to można usiąść przy kawie i się wyluzować. A warto się wyluzować, bo właściciele pozostałych lokali w klastrze są wyluzowani - jak przystało na południowców.
Picernia Stefana miała już swój czas w Radzyniu, ale pod innym adresem. Niestety zdaniem recenzentów włoski placek jest zbyt mało polski, znaczy za krótko się odbija i ma za dużo warzyw. Może teraz, w klastrze zyska więcej poklasku? Do lokali przy Warszawskiej dołączył też niedawno klasyk prawie jak z Dworca Centralnego. Kto był w Warszawie nocą, wie jak smakuje wielkomiejski kebab. I taki jest u tureckiego szefa w Radzyniu. Wystrój na poziomie knajp z robotniczych dzielnic europejskich miast. Mieszanka chromu, plastiku, świateł LED i kafelkowego chłodu. Tylko co mają egipskie hieroglify do tureckiego kebaba? Pytanie w sam raz dla głodnych - jedzenia i świata.
Zwiedziłem nasz klaster, skosztowałem nowości i dziś o wyborach nie będzie ani słowa. Istnieje ryzyko, że mógłbym zwymiotować!

piątek, 3 października 2014

Rozmnożenie bytów

Pamiętają Państwo Śliczniuszkę? Kolorową kaczuszkę mandarynkę o której pisałem blisko rok temu. Kaczuszka przetrwała na radzyńskiej rzece zimę, a wiosną szukała żony. Przez ostatnie miesiące jej jednak nie widywałem. Aż do ostatniego tygodnia!
Kilka dni temu, podczas spaceru Bulwarem nad Białką, widząc gromadkę kaczek przystanąłem i radośnie zaskoczony zbliżyłem się do rzeki. Śliczniuszka powróciła! Pośród połyskujących szarych, zielonych i niebieskawych kolorów kaczek krzyżówek wypatrzyłem też pomarańcz. Wyciągnąłem z kieszeni aparat aby zrobić jej zdjęcie. Nagle kilka metrów dalej błysnął inny odcień pomarańczu, a obok jeszcze jeden. Śliczniuszka się rozmnożyła! Tego się nie spodziewałem, więc zaskoczony wpatrywałem się w toń rzeki jeszcze uważniej. Kilka chwil później nieopodal wypatrzyłem też jedną małą szarą kaczuszkę - dziewczynkę mandarynkę. Mamy więc w Radzyniu piękne kolorowe stadko - egzotyczny rarytas!
Pięć kaczek. Trzech chłopaków i dwie dziewczyny.

***

Z bagienka bul, bul...

Obserwując mnożące się na Białce kaczki pomyślałem o mnożących się w przedwyborczym napięciu społecznikach, kandydatach, członkach i działaczach. Zabiegają, albo wkrótce zabiegać będą, o Państwa głosy. Proszę zwrócić uwagę kogo i jak widywaliście przez ostatnie 4, a może 14 lat. Kto pomógł i angażował się w sprawy społeczne miasta, gminy i okolicy. Kto naprawdę chce z Państwem rozmawiać i interesuje się Państwa problemami. Taki osoby zasługują na poparcie. Resztę - wszystkich pieniaczy, cwaniaków i farbowane kaczki polecam spławić tam gdzie ich miejsce.

piątek, 19 września 2014

Słowiańska lala

To było kilka tygodni temu. Spacerując wieczorem ulicą Ostrowiecką na wystawie jednego ze sklepów dojrzałem manekin ubrany w dziewczęcą bluzeczkę. Na zielonym tle kolorowe serce w motywy z ludowej wycinanki, a do tego napis 'słowiańska lala'. Koszulka była nieduża, może na 10-latkę i szybko zniknęła z wystawy. Ktoś kupił i pewnie z radością ubrał w nią swoje dziecko.
Nie dawniej niż wczoraj córka znajomych przy popołudniowym spotkaniu śpiewała nieśmiało piosenkę zasłyszaną od kolegi: Mówisz tak potem nie, w końcu weź zdecyduj się. Znają Państwo ten hit disco-polo? Podobno modny w radzyńskich przedszkolach. 
Skóra na plecach cierpnie myśląc jak pozwalamy uprzedmiotowić nasze dzieci. I to nie gender, nie szkoła i nie Tusk robią z nich małe ladacznice. Robią to ludzie wokół nas i sami też to robimy. I jeszcze się przy tym dobrze bawimy.

***

Z bagienka bul, bul...

W przedwyborczym bagienku zaczyna powoli bulgotać. Niedługo światło dzienne ujrzą zamknięte listy kandydatów i wtedy dopiero się zacznie. Tymczasem najbardziej "prawilne" medium w naszym mieście znów nadaje. Józef Korulczyk ogłosił, że od 10 lat ostoją podupadłej kultury jest w Radzyniu i na Lubelszczyźnie jego stowarzyszenie. I już w najbliższy weekend zamierza uczcić swą animatorską, oddolną działalność w sali Radzyńskiego Ośrodka Kultury. W tym samym, któremu dyrektorował jego bliski kolega z Rady Powiatu - Adam Świć, kiedy w 2002 roku (zdaniem Korulczyka) kultura w Radzyniu zaczęła upadać. Świć dyrektorował tam jeszcze przez kolejne 4 lata i wiele osób z rumieńcami i ekscytacją wspomina jego działania. 
Panowie! To alboście tę kulturę "upadali", albo podnosili? Zdecydujcie się!

czwartek, 11 września 2014

Po wyborach latarnie zgasną o 22

Rys. Marek Lenc
8 września upłynął termin rejestrowania komitetów wyborczych na zbliżające się samorządowe wybory. Poziom ekscytacji rośnie i rosnąć powinien. I to nie tylko wśród "zainteresowanych" - kandydatów i osób związanych z polityką. Ekscytować powinni się wszyscy, bo oto mamy wpływ na to kto dowodzić będzie naszą gminą/miastem/powiatem przez najbliższe lata. Wpływ tym bardziej realny, że po raz pierwszy od dawna wybieramy w okręgach jednomandatowych. Znaczy to tyle, że komitet wystawia w okręgu jedną osobę. Jeśli wygra ona ilością głosów z kandydatami innych komitetów bierze mandat. Proste! Do rad wejść powinni skuteczni i rozpoznawalni działacze. Nie będą się już liczyć pozycje, listy i lokomotywy. Liczyć się będzie co reprezentujesz i czy jesteś skuteczny.
W Radzyniu rozpoczęły się prezentacje, konferencje i coming-outy. Jedni aspirują do miana rajcy miejskiego, inni powiatowego, a jeszcze inni mierzą wyżej - w stołek burmistrza. Najważniejsze są jednak pomysły na zmiany i działania mające poprawić nasz byt. O tych póki co słyszymy niewiele. Jeden znam i się z Państwem podzielę. Autorem jest kandydat na radnego, którego nazwiska nie wspomnę. Pomysł ów to propozycja aby "w ramach oszczędności w Radzyniu gasić latarnie o godzinie 22.00". Może to kwestia młodego wieku - zarówno autora pomysłu jak i moja - ale tak dramatycznie głupiego pomysłu nie słyszałem już dawno. Całkowite oderwanie od rzeczywistości i brak wyobraźni. Będzie ciekawie drodzy Państwo, oj będzie!
I na koniec o sobie - nie zamierzam kandydować w nadchodzących wyborach. Wybrałem inny sposób na działanie. Będę dalej pisał felietony. Jedni się ucieszą, inni zmartwią. Jedni uśmiechną, a inni popukają w czoło. Jednym pomogę, a innym napsuję krwi. A Państwu być może postaram się pomóc podjąć najlepszą decyzję.

czwartek, 4 września 2014

Kwiatek do kożucha św. Trójcy

Ostatnim strażnikiem stylu i dobrego gustu w naszej miejskiej tkance architektonicznej pozostaje proboszcz. O takim gospodarzu pałac Potockich wciąż marzy. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego jak pięknie odrestaurowano największy sakralny zabytek naszego powiatu - kościół Św. Trójcy w Radzyniu Podlaskim. I nie poprzestano na budynku świątyni. Mimo przeróżnych kłopotów, krok po kroku, odnawiane są pozostałe budynki, odnowiono kapliczkę/pomnik św. Antoniego, pięknieje parkan. Idąc ulicą Ostrowiecką razi kontrast pomiędzy pięknym kompleksem sakralnym, a w dużej części zaniedbanymi, kamienicami, oblepionymi banerami, obłażącymi z farby. Ale kamienice to temat na inny czas.

W budynku kościelnym jakiś czas temu otwarto sklepik z dewocjonaliami. Przez pewien czas przechodziłem obok podziwiając piękne drewniane drzwi i elegancki szyld. Raz nawet zaszedłem aby kupić szatkę i świecę na chrzest córeczki. Trafiłem tam bez problemu - w końcu lokalizacja w centrum miasta i sąsiedztwo kościoła naprowadza klientów intuicyjnie.
Jednak kilka tygodni temu stała się rzecz zadziwiająca dla której nie znajduję wytłumaczenia. Na pięknych drzwiach sklepiku pojawił się oczobitny pomarańczowy szyld pomocniczy. Pasuje do pięknej całości jak plastikowy kwiatek do skórzanego kożucha. Na oknach natomiast zakwitły, wątpliwej urody i estetyki, kartki prezentujące ofertę. Za jedną z szybek widzimy nawet kolejny napis "dewocjonalia" i strzałkę kierującą do drzwi. Zupełnie jakby klienci chcieli wchodzić oknem i należało ich nakierować na wejście główne.
Księże proboszczu! Apeluję o spacer ulicą Ostrowiecką i ocenę sytuacji. Cała praca przy konserwacji i remontach tego pięknego zabytku jest zbyt wartościowa aby efekt psuły te "reklamy".


***
Post scriptum: Po kilku dniach od publikacji felietonu we "Wspólnocie" wklejka w oknie na piątym zdjęciu zniknęła. Zostały taśmy, więc może to przypadek, ale warto podziękować Księdzu Proboszczowi, albo innej wrażliwej na estetykę miasta osobie, która usunęła tę "reklamę". Dobre i to! Fot. z 10.09.2014, g. 13.00